[ZAMKNIJ REKLAMY]
Kup reklamę w tym miejscu!









Nie zapomnij odwiedzić strony naszych partnerów - ich lubimy, ich polecamy!



Możesz też kupić u nas reklamę!





Tutaj będzie pożyczka, pozycjonowanie, chwilówka, no i w ogóle cały ten reklamowy stuff... no bo w końcu odchudzanie, meble, dieta i dentysta same się nie zareklamują...
Nick:  
Hasło:
Zapamiętaj
Logowanie przy użyciu kont z Facebooka itd. dostępne jest z poziomu forum
POKAŻ / UKRYJ MENU
Zapraszamy na Warsztat Podróży Niefizycznych wg metody Bruce Moena. Dla Słuchaczy Radia Paranormalium specjalna zniżka!
Nick:  
Hasło:
Zapamiętaj

Relacje historyczne cz. 2


Dodano: 2005-06-24 00:43:22 | Wyświetleń: 10063 | Przeczytam później


Planety i meteory kontra UFO

A może w omawianych latach 1783-1897 obserwacje niezwykłych obiektów na niebie dotyczyły gwiazd, planet czy meteorytów? Nawet dziś jeszcze, mimo milowych wręcz postępów astronomii, częstokroć planety (szczególnie Wenus lub Jowisz), a także różnego rodzaju meteory (czyli tzw. „spadające gwiazdy") czy mniej lub bardziej niezwykłe meteoryty (choćby słynny bolid, który przeleciał nad Polską 20 sierpnia 1979 r.) brane są często za Nieznane Obiekty Latające. O ileż bardziej tajemniczo wyglądały wszystkie te zjawiska świetlne na niebie wiek czy dwa wieki temu!
Przecież właśnie dopiero w tym okresie, w r. 1781, astronom F. W. Herschel kataloguje pierwszych 800 gwiazd podwójnych. Dopiero 44 lata później, w r. 1825, ukazuje się opracowany przez F. W. Bessela katalog, zawierający po raz pierwszy 32 tysiące gwiazd, a jeszcze dopiero po 37 latach, w r. 1862, F. W. Argelander wydaje tzw. „Przegląd Boński", w którym wymienia wszystkie gwiazdy północnej półkuli nieba do 9 wielkości (dla porównania: za pomocą lunety o średnicy zaledwie 10 cm można obserwować gwiazdy już do 12 wielkości).
N ie lepiej wygląda w owym okresie znajomość także bliższych Ziemi ciał niebieskich. Do r. 1781 znanych jest tylko 5 (odkrytych jeszcze przez starożytnych?) planet. Dopiero właśnie w r. 1781 astronom F, W. Herschel odkrywa Uran, a po dalszych 65 latach, w r. 1846, astronom J. G. Galie znajduje (zresztą na podstawie wyliczeń Leverriera i Adamsa) położenie na niebie Neptuna. W tym również okresie ludzkość po raz pierwszy dopiero dowiaduje się (dzięki odkryciu przez G. Piazziego w r. 1801 Ceres - pierwszej i największej z dotychczas odkrytych planetoid) o istnieniu między Marsem a Jowiszem szerokiej strefy, usianej krążącymi wokół Słońca tysiącami niewielkich ciał niebieskich, które nazwano planetoidami lub asteroidami.
Także wiedza o kometach okresowych w tym czasie dopiero zaczyna się rozwijać. W r. 1786 odkryta zostaje pierwsza z nich, Encke, potem przychodzi kolej na Olbers (1815), Bielę (1826), Pons-Winnecke (1858), Tempel II (1873), Wolf (1884)... Nie bez kozery zwracam uwagę właśnie na komety okresowe: dziś wiemy, że część z nich w toku swych wędrówek stopniowo jakby się rozsypuje i spada m. in. na Ziemię w postaci tzw. rojów meteorów (jakże łatwo tę nazwę astronomiczną zastąpić nazwą ufologiczną: eskadr MOL!). Rok w rok więc 3 stycznia widoczne są przelatujące po niebie całe ogniste formacje Bootydów, w okolicach 25 marca - fale Hydraidów, od marca do maja - eskadry Yirginidów, w drugiej połowie kwietnia - falangi Lirydów, w trzech pierwszych dekadach maja i na przełomie lipca i sierpnia - zespoły Aquarydów, koło połowy czerwca - związki taktyczne Skorpionidów i Sagitarydów, w pierwszej połowie sierpnia - roje Perseidów, w pierwszej połowie października - klucze Orionidów, w pierwszej połowie listopada - skrzydła Taurydów i Leonidów i wreszcie w pierwszej połowie grudnia - szyki Geminidów.
Wreszcie również i wiedza o spadających na Ziemię meteorytach dopiero zaczynała się rodzić, l cóż z tego, że już chyba od wieku raz po raz pojawiały się wieści, że z nieba spadają odłamki skał, czy nawet bryły żelaza? Ważne były nie świadectwa przypadkowych osób, tylko twierdzenia naukowców, że to jest niemożliwe?
Cóż z tego, że w końcu nawet niektórzy z naukowców przekonali się do nowej prawdy? Daremnie uczony francuski P. Gassendi, astronom angielski E. Halley czy członek Petersburskiej Akademii Nauk P. Pallas co kilkadziesiąt lat stwierdzali niezależnie od siebie niebieskie pochodzenie meteorytów. Świat uczonych, w którego ówczesnym paradygmacie pojęcie takie nie potrafiło się zmieścić, zamiast obiektywnie ocenić całą sprawę, wolał uznać te poszczególne głosy własnych już reprezentantów za pomyłki, halucynacje lub oszustwa! Daremnie wreszcie w r. 1795 czeski myśliciel i muzyk E. Chladni opublikował pracę niezbicie wręcz uzasadniającą niebieskie pochodzenie meteorytów. Skoro nie można odrzucić faktów, odrzucono przynajmniej pracę, jako napisaną nie przez naukowca! Cóż nam to przypomina?! Dopiero (już niemal w środku omawianego okresu), gdy meteoryt Igle przypadkiem spełnił wszystkie wysuwane przez naukowców wymagania i spadł na Ziemię na oczach uczonego francuskiego J. Biota, w roku 1803 oficjalnie uznane zostało wreszcie istnienie meteorytów (por. rozdział „Meteoryty bombardują... świadomość ludzką" w drugiej książce Lucjana Znicza z cyklu „Goście z Kosmosu?", w części pt. „Katastrofa tunguska"). Tym słuszniej więc należy założyć, że duża ilość zaobserwowanych w latach 1783-1897 zjawisk świetlnych na niebie dotyczyć może właśnie z takim trudem dobijających się prawa swego istnienia meteorytów.
Które jednak z nich - przy naszej współczesnej wiedzy - uznać można bezspornie za gwiazdy, planety, planetoidy, meteoryty czy meteory? Wybór pozostawiam czytelnikowi.

UFO kontra... planety i meteory

Zanim jednak-już bez żadnych wahań -zaczniemy przebierać i wybierać pomiędzy wszystkimi ciałami niebieskimi, by kształt ich i zachowanie możliwie dopasować do zanotowanych w okresie lat 1783-1897 zjawisk świetlnych na niebie, jedno z nich chciałbym wyjaśnić na własną rękę. Chodzi tu o zaobserwowaną przez astronoma Inglisa jesienią 1894 r. nad miejscowością Gais w Szwajcarii „poruszającą się po czystym niebie olbrzymią ilość lśniących obiektów". Choć Ch. Fort z całą powagą rejestruje tę obserwację jako jedną z nie wyjaśnionych zagadek, już tylko bliższa charakterystyka obiektów przez uczonego świadka -jak się wydaje -całkowicie ją wyjaśnia. „Część z nich -podaje bowiem dalej Inglis- otoczona była świetlistą aureolą, część zaś miała skrzydła". Nie był to więc ani rój meteorów, ani eskadra NOL: najbardziej prawdopodobne wydaje się... zwykłe stado lecących do ciepłych krajów, krótko po zachodzie słońca, ptaków.
Ale inne zanotowane w owym okresie obserwacje? Jednoznaczne ich wyjaśnienie nie jest już wcale takie proste. Proszę bardzo: do ich wytłumaczenia mamy całą astronomię! Czy to jednak wystarczy?
17 grudnia 1896 r. (przegląd zjawisk w dalszym ciągu jest uszeregowany od najpóźniejszych ku najwcześniejszym) dr Karol Davidson z Worcester w Wielkiej Brytanii dostrzegł nagle na niebie tak jaskrawo świecący dysk, że - według słów świadka - „można było z ziemi podnieść szpilkę". Rok przedtem dostrzeżono po raz pierwszy w maju, a następnie prof. Bernard zaobserwował w sierpniu, jakiś „świetlisty punkt", który pojawił się w pobliżu Wenus. W tymże sierpniu zresztą inny świadek (tym razem dr Murray z Oxfordu) dostrzegł przed domem „jaśniejszą od Wenus tarczę, która odleciała na wschód", a następnie podobny obiekt zaobserwowano także w Scarborough (hrabstwo York).


Cofnijmy się jeszcze jeden rok. W styczniu 1894 r. mieszkańcy miejscowości LIanthomas w Walii, a także miast Hereford, Worcester i Shropshire byli świadkami, jak na niebie rozbłysła nagle jasna tarcza, oświetliła całą okolicę i wreszcie wybuchła. W sierpniu tegoż roku admirał Ommanney doniósł o pojawieniu się nad północną Walią jasnego dysku, z którego wydobywał się płomień. We wrześniu 1891 r. zaobserwowano w Irlandii Północnej przelatujący obiekt, przypominający z kształtu kometę. Taki sam zresztą obiekt zauważył także rok przedtem, w październiku 1890 r., w Grahamson (Afryka Płd.), astronom Eddie. W czasie trwającej trzy kwadranse obserwacji ta dziwna kometa przeleciała przez całe niebo. Na początku r. 1888 jakieś niezwykłe światła dostrzegli na niebie mieszkańcy Nowej Zelandii. Dwa lata wcześniej, we wrześniu 1886 r., mieszkańcy Yloilo (niestety, nie udało mi się znaleźć tej miejscowości na dostępnych dla mnie mapach) obserwowali lecącą ku północy całą formację okrągłych świateł, przy czym na jej czele znajdował się duży dvsk. a w pewnej odległości za nim posuwała się wielka ilość mniejszych krążków świetlnych.
Szczególnie dużo obserwacji tajemniczych świateł na niebie, które dziś, z perspektywy całego wieku, łacno możemy uznać za zjawiska astronomiczne, skupiło się w r. 1884. l tak w lutym astronomowie z Brukseli przez 9 kolejnych nocy obserwowali „niezwykłej jasności punkt", który błyszczał bądź tuz obok Wenus, bądź nawet na samym tle jej tarczy. Również w tym miesiącu kapitan brytyjskiego statku „Innerwich" doniósł o pojawieniu się nad jednostką „olbrzymiej masy ognistej", która na moment o.ślepiła go swym światłem, a następnie z ogłuszającym hukiem spadła do morza, wywołując olbrzymią falę. Wreszcie w sierpniu tegoż roku dostrzeżono z kolei także nad Sajgonem (obecnie Ho Chi-Minh w Wietnamie) „olbrzymią błyszczącą tarczę", która po 8 minutach lotu po niebie skryła się w końcu za chmurami.
29 sierpnia 1883 r. kapitan Noble płynący angielskim statkiem przez Atlantyk stwierdził, iż przeleciał nad nim „ognisty obiekt przypominający kometę". Tegoż dnia jeszcze podobny obiekt „wysyłający w dół jasny promień świetlny" obserwowany był przez mieszkańców Liverpoolu (Wielka Brytania), we wrześniu prof. Swift donosi o ukazaniu się podobnego zjawiska nad Nowym Jorkiem, później znów zauważony został nad Anglią, by w listopadzie pojawić się nad Porto Rico.
22 marca 1 880 r. szereg obiektów świetlnych przeleciało nad Kattenau (obecnie w RFN), 30 lipca 1880 r. zaś sensację wywołało pojawienie się nad Petersburgiem ogromnej błyszczącej kuli, za którą leciały dwie mniejsze. W ciągu trzech minut formacja ta przemierzyła cały nieboskłon i zniknęła za horyzontem.
W kwietniu 1879 r. astronom Harrison oraz jego współpracownicy przez 6 nocnych godzin obserwowali duże błyszczące ciało na niebie, kształtem przypominające kometę, poruszające się jednak znacznie szybciej.
Znów rok wcześniej, w sierpniu 1878 r., profesorowie Watson i Swift donieśli o dwóch lśniących ciałach niebieskich, „które poruszały się między Merkurym a Słońcem", dwa lata przed nimi, w kwietniu 1876 r., mieszkańcy Rosenau (obecna Roźnava w Czechach) zaobserwowali potężny wybuch i jasność na niebie, a jeszcze 4 lata przedtem, w czerwcu 1873 r., rozegrał się prawdopodobnie jakiś kosmiczny dramat, który - odnotowany przez wielu astronomów z miejscowości znajdujących się w obecnych granicach Austrii, Węgier i Polski - kto wie, czy nie stał się źródłem napisanej zaledwie 24 lata później słynnej „Wojny światów" Herberta G. Wellsa. Oto astronom Galie obserwując Marsa przez teleskop dostrzegł, iż „z jego powierzchni oderwał'się ognisty pocisk, który ruszył w kierunku Ziemi". Obserwację tę potwierdził także dr Sagę z Rybnika, który obserwował w tym czasie Marsa „ze specjalną uwagą" i według którego obiekt lecący z Marsa na Ziemię „wybuchł w górnych warstwach atmosfery".
W 1868 r. aż dwukrotnie dostrzeżono jakieś niezwykłe zjawiska świetlne w pobliżu Wenus. Po raz pierwszy zdarzyło się to 1 5 marca, kiedy „plama świetlna opuściła Wenus", po raz drugi zaś ponownej obserwacji dokonał w kwietniu astronom Webb. Dwa lata wcześniej, w listopadzie r. 1866 (choć pewne źródła mówią, że chodzi tu o rok 1865), dostrzeżono czerwoną błyszczącą tarczę na niebie nad miastem Carthagina (w Kolumbii), przy czym obserwacja ta musiała być na tyle szokująca, ze oficjalna informację o niej przekazał na dwór angielski konsul Wielkiej Brytanii w tym kraju.
W r. 1864 w marcu obserwowano „nieznane obiekty dużych rozmiarów" na niebie południowej Anglii, w październiku zaś niejaki M. Levemer stwierdził, iż widział lecący pojazd w kształcie cygara. 27 kwietnia 1863 r.astronom dr Wolt obserwujący niebo nad Zurichem dostrzegł nadlatującą od wschodu liczną flotyllę świetlistych tarcz. Niektóre z nich podobne były do gwiazd, inne ciągnęły za sobą ogniste ogony. (Nawiasem mówiąc, należy chyba podkreślić, że „ze względu na sposób i prędkość lotu" dr Wolf wykluczył, by mogły to być meteory!) 4 lata wcześniej, we wrześniu 1859 r., astronom angielski Richard Carrington z obserwatorium w Redhill zauważył na niebie dwa świetliste ciała (przy czym również stwierdził, że nie były to meteory!).
W r. 1845 w marcu przeleciały nad Londynem, w maju zaś nad Neapolem dziwne lśniące dyski. Nad Londynem miały one kolor pomarańczowy i „otoczone były czterema gwiazdami", nad Neapolem zaś - zgodnie z zeznaniem obserwującego zjawisko astronoma Capocciego - „niektóre ze świateł miały kształt gwiazd, inne zaś miały ognisty ogon". W grudniu wreszcie tegoż roku z miejscowości Cyook Phyoo w Chinach dostrzeżono jakieś „ogniste plamy" przelatujące nad morzem.
W październiku 1844 r. astronom Galisher doniósł o zaobserwowaniu „błyszczącego dysku, który wyrzucał z siebie kaskady światła". W r. 1831 dr Wartman i pozostali pracownicy obserwatorium astronomicznego w Genewie od września aż do listopada niemal co noc dostrzegali przelatujące po niebie tajemnicze lśniące obiekty. W maju 1823 r. wymieniany już astronom Webb dostrzegł w pobliżu Wenus nieznany obiekt świetlny. W październiku 1822 r. tym razem już dwa nieznane obiekty świetlne na niebie dostrzegł astronom Pastorff. l wreszcie w lipcu 1813 r. mieszkańcy miast Tottenham i Middlessex w Wielkiej Brytanii zaobserwowali nocą „świetliste błyski" na niebie.
Wystarczy?

Gdy ani balony, ani meteory nie wystarczą

Nie. Jeszcze nie. Bo nie ma co ukrywać, że poza kilkudziesięcioma obserwacjami, które - przy pewnej dozie tolerancji - możemy potraktować jako niezbyt znane wówczas balony lub sterówce, a także wieloma sprawozdaniami, które - przy dobrych chęciach - możemy uznać za (jeszcze mniej znane) planety, planetoidy, meteory czy meteoryty, istnieje jeszcze co najmniej tyleż obserwacji i sprawozdań, do których wytłumaczenia - nawet przy największej dozie tolerancji i przy najlepszych chęciach - nie wystarczy ani ówczesna technika, ani dzisiejsza astronomia.
Co z nimi mamy zrobić? Przynajmniej... zapoznać się! Przerzućmy więc jeszcze raz kartka do kartce - cofając się wciąż bardziej w głąb historii - wszystkie te lata, tym razem poszukując tylko takich zjawisk, które nie pasują już do zadnycn, ani naturalnych ani sztucznych, przyczyn. Ile tego mamy?
Przegląd ten otwiera (najpóźniejsza w czasie) obserwacja astronoma Raymonda Coulona, który w marcu 1893 r. dostrzegł nad Val de la Haye błyszczący obiekt, kształtem swym przypominający... gruszkę. (Czy nie chodzi tu o ten sam typ obiektów, które w lutym 1980 r. - tym razem już liczone na dziesiątki - przestraszyły ludność Wenezueli?) Zresztą tegoż jeszcze roku 5 maja płynący z Szanghaju w kierunku Japonii brytyjski statek .„Caroline" doniósł o obserwacji wielokroć bardziej interesującej. Oto w ciągu 2 godzin obserwowano z pokładu gołym okiem, a także przez lunetę, formację lecących z wolna jasnoczerwonych tarcz, pozostawiających za sobą brązową smugę. Co dziwniejsze, następnego dnia to samo zjawisko zaobserwowane zostało przez załogę innego statku brytyjskiego, „Leander", płynącego po tym akwenie. Tym razem okrągłe tarcze widoczne były aż przez 7 godzin, przy czym w toku obserwacji obniżyły one lot i przeleciały bardzo blisko mijanej przez statek wyspy. A już najdziwniejsze zdarzenie spotkało pewnego farmera z Nowej Południowej Walii (Australia). Według jego zeznania, na jego ziemi wylądował obiekt w kształcie dysku. Gdy farmer zbliżył się, z obiektu wyszedł człowiek w dziwnym ubraniu i oświetlił go „jakąś latarnią". Farmer natychmiast padł ogłuszony na ziemię. Gdy się ocknął - nie było już nikogo.
Niemniej ręka, na którą bezpośrednio padł promień „latarni", pozostała podobno sparaliżowana do końca życia.
6 lat wcześniej, w listopadzie 1887 r., załoga brytyjskiego statku „Siberian" przepływającego wówczas w okolicach Cape Race, była świadkiem pojawienia się na niebie okrągłego ognistego dysku, który w ciągu 5 minut obserwacji kilka razy gwałtownie zbliżał się do statku, jakby pragnąc go zaatakować, to znów oddalał się z niezwykłą prędkością. Zaś jeszcze 3 lata wcześniej, 4 października 1884 r., astronom Glaisher zaobserwował błyszczące dyski, które „wysyłały szybko migające promienie świetlne".
Najbardziej jednak chyba sensacyjne sprawozdanie pozostawił astronom meksykański Jose A. Y. Bonilla, który dziwne zjawiska zaobserwował z położonego ponad 3 tyś. m n.p.m. obserwatorium Zacatecas. Oto 12 sierpnia 1883 r. dostrzegł on od 12 do 20 obiektów płaskich bądź owalnych, które przeleciały na tle Słońca. Wkrótce nadeszła druga, wielokroć liczniejsza fala takich obiektów, którą Bonilla opisał w ten sposób:
„Jeszcze nie potrafiłem ochłonąć ze zdumienia, gdy fenomen powtórzył się (...). W przeciągu dwóch godzin naliczyłem nie mniej niż 283 obiekty (...). Sfotografo wałem (na filmie i płytach, których używam do rejestracji plam słonecznych) większość spośród tych niezwykłych ciał, częściowo w płaszczyznę, częściowo w rzucie bocznym. Niektóre okazały się okrągłe! kuliste (...) Dopóki zbliżały się do tarczy słonecznej, same wysyłały silne promieniowanie, w chwili jednak kiedy przelatywały przed nią, stawały się nieprzezroczyste i ciemne w stosunku do promieniującego tła Słońca. Negatywy fotografii wykazały, że obiekty otoczone były pewnego rodzaju mgłą". W cieniu tej rewelacji niezauważona wręcz przeszła obserwacja z listopada tegoż roku w Chile, gdzie przez pół godziny widziano „wolno poruszający się ognisty dysk wielkości księżyca w pełni".
Ale rok przedtem niezwykłe zjawisko obserwowano także nad Londynem. Pełen jego opis ukazał się zresztą dopiero w r. 1916, kiedy to na apel Royal Astronomical Society astronom z Greenwich, Walter Maunder, zdecydował się go opublikować w „The0bservatory". Otóż według niego 17 listopada 1882 r. tuż po zachodzie.słońca, gdy z dachu obserwatorium w Greenwich spoglądał na Londyn, „ukazał się z kierunku wschód-wschód-północ wielki kolisty dysk zielonkawej barwy, który ruszył przez niebo tak równomiernie, jak poruszają się Słońce, Księżyc i planety, tyle że niemal tysiąc razy prędzej. Kolistość jego kształtu była najprawdopodobniej wynikiem skrótu perspektywicznego, bowiem w trakcie poruszania wydłużał się, a w chwili gdy przelatywał nad zenitem, kształt jego różni obserwatorzy określali jako „wydłużoną elipsę", „cygaro" lub „torpedę". Tyle z obserwacji Maundera cytuje R. Chapman (w książce „UFO. Flying Saucersover Britain"). Jednak znany popularyzator Artur C. CIarke, w swej pracy „Czy jesteśmy samotni", uzupełnia cytat jeszcze jednym, bardzo charakterystycznym zdaniem Maundera: „Gdyby zdarzenie to miało miejsce trzydzieści lat później, niewątpliwie wszyscy znaleźliby wspólne określenie: podobny do sterowca".
20 sierpnia 1880 r. członek Akademii Francuskiej, Trecuł, widział lecące białozłote cygaro, „z którego wyłonił się następnie jakiś mniejszy przedmiot i ukośnie odleciał, pozostawiając za sobą białą smugę" (inne źródła podają, że byłło „snop jaskrawych iskier"). 25 stycznia 1878 r. -jak już podawałem (por. rozdział: „Komu zawdzięczamy 'latające spodki'") - J. Martin poskarżył się, że na jego polu wylądował „olbrzymi spodek". W marcu 1877 r. mieszkańcy Vence (Francja) przez godzinę obserwowali unoszącą się nad miastem „niezwykłego kształtu chmurę", z której co pewien czas wyłaniały się niezmiernie jasne punkty świetlne, odlatujące z wolna ku północy. Co ciekawsze - mieszkańcy Vence stwierdzili, że podobne zjawisko nad ich miastem miało miejsce już przed dziesięcioma laty. A w październiku tegoż roku przez kilka kolejnych nocy mieszkańcy wybrzeży Walii obserwowali formację złożoną z ośmiu błyszczących obiektów, które - według wypowiedzi świadków - „sprawiały wrażenie, jak gdyby dokonywały inspekcji wybrzeża, po czym odlatywały w stronę morza".
24 kwietnia 1874 r. także astronom czeski, prof. Śafarik, dostrzegł obiekt, o którym napisał później, iż „miał on tak dziwną charakterystykę, że po prostu nie wiem, co o tym sądzić. Był oślepiającej bieli, powoli przeleciał na tle tarczy Księżyca, pozostał jednak widoczny i później". Równocześnie rocznik, „Annee Scientifique" zanotował, iż w tym roku „zaobserwowano wielką ilość jasnych obiektów w pobliżu Księżyca".
1 sierpnia 1871 r. olbrzymi krąg świetlny nadpłynął nad Marsylię. Od godz. 22.43 do godz. 22.52 wisiał on nieruchomo nad miastem, następnie przez 7 minut płynął w kierunku północnym i wreszcie o godz. 23.03 ostatecznie zniknął. Ale zaledwie 28 dni później (choć są źródła, które podają, że miało to miejsce już w r. 1866, a więc 5 lat wcześniej) francuski astronom Trouvelet zauważył całą formację lecących obiektów o bardzo różnych kształtach: były tam trójkąty, wielokąty i koła. Jedne z nich poruszały się powoli, inne leciały szybko. Jak się wydaje, jeden z nich - według autora tej obserwacji - „nie był zdolny do manewrów, bowiem spadł na ziemię i zapewne rozbił się. Przy spadaniu chwiał się na boki, jak opadająca w wodzie tarcza"
W czerwcu r. 1868 Wielka Brytania podekscytowana została informacją z obserwatorium astronomicznego w Oxfordzie, iż dostrzeżono tam świetlisty obiekt swobodnie poruszający się po niebie. W toku obserwacji dostrzeżono, iż w pewnej chwili zatrzymał się, następnie kilkakrotnie zmieniał kierunek lotu i wreszcie odleciał poza horyzont.
4 sierpnia 1863 r. „Gaceta de Madrid" podała następującą informację: „Przedwczoraj wieczorem na wschód od Madrytu ujrzano pewien rodzaj świecącego kręgu z czerwonym zabarwieniem i z ognistą kulą u góry. Z początku podejrzewano, że chodzi tu o kometę. Krąg przez długi czas był nieruchomy, następnie szybko się począł poruszać poziomo i pionowo w różnych kierunkach". Trzy lata wcześniej z kolei, wiosną 1860 r., astronomowie Herrick, Buys-Hallot i de Cuppis zaobserwowali dla odmiany lecącą po niebie całą flotyllę czarnych tarcz. W r. 1855 dzięki angielskiej prasie cały świat został zaalarmowany tzw. „duchami z Marsh Point". Otóż na należącej do Wielkiej Brytanii wyspie o tej nazwie dostrzeżono pewnego razu dziwne światło. Pierwsze podejrzenia były, iż są to sygnały świetlne, wzywające pomocy. Gdy jednak okazało się, że na wysepce nic się nie dzieje, a co noc ukazują się nad nią dziwne światła, mała wysepka z jedynym możliwym wówczas wytłumaczeniem tego zjawiska - duchami, stała się ośrodkiem zainteresowania całej Wielkiej Brytanii. Przez wiele nocy tłumy ludzi zbierały się wieczorami nad brzegiem morza, by obserwować dziwne światła, które wznosiły się i opadały, zataczały w powietrzu kręgi i znikały. 15 lipca 1854 r. nad Jarosławiem w Polsce ukazał się jakiś niezwykły obiekt świetlny, który ówczesna gazeta tak opisała: „Wschodzący księżyc pochylił się nagle na prawo, potem znów na lewo i chwiejąc się nadal, z potworną prędkością doszedł aż do horyzontu, aby wkrótce z tą samą prędkością znów unieść się na poprzednią wysokość".
W maju 1853 r. na niebie „w pobliżu Merkurego" dostrzeżono trzy oświetlone obiekty. Jeden ze świadków, Gregg, stwierdził, że jeden z obiektów miał kształt cygara, drugi był okrągły, trzeci zaś był płaski i przypominał dysk. We wrześniu 1851 r. pojawiła się nad Londynem „flotylla świetlistych dysków". Pastor W. Read, który obserwował ją za pomocą teleskopu, stwierdził, że dyski nadleciały ze wschodu i północy, po czym razem przeleciały nad Hyde Parkiem (gdzie odbywała się właśnie Wielka Wystawa).
W październiku 1846 r. nad miastem Lowell (stan Massachusetts) w Stanach Zjednoczonych przeleciała jakaś „błyszcząca tarcza". Naoczni świadkowie zjawiska opowiadali ponadto, że w pewnym momencie spadła z niej na ziemię „galaretowata, śmierdząca bryła o średnicy około 1 m (lub - według innych źródeł 1,5 m) i wadze 442 funtów" (ok. 189 kg - przyp. L. Z.).
W r. 1845 dokonano dwóch różnych obserwacji identycznych (lub może nawet tych samych) obiektów. 18 czerwca 1845 r. pół mili od statku parowego „Victoria", na morzu, w punkcie o współrzędnych 36 stopni 40 min. szer. płn. i 13 stopni 44 m'n. dł. wsch. wynurzyły się z wody trzy błyszczące dyski o średnicy pięciokrotnie większej od księżyca w pełni, połączone ze sobą jakby świetlnymi promieniami. Załoga „Victorii" obserwowała je przez 10 minut, ale widziały je także załogi innych statków w promieniu 1500 km. A w lipcu tegoż roku jedna z tarcz (też o średnicy kilkakroć większej od księżyca) ukazała się we Włoszech nadfiorencją.
W lutym 1837 r. astronom Pastorff przekazał informację o zaobserwowanych przez siebie dziwnych obiektach świetlnych, które latały w koło. Niemal rok przedtem, 12 stycznia 1836 r., nad miastem Cherbourg we Francji przeleciał wielki błyszczący statek. Według zeznań świadków „był on podobny do omletu, obracał się wokół własnej osi i wydawało się, ze ma w środku otwór". W maju 1835 r. astronom z Sycylii, Cociatore, dostrzegł na niebie błyszczący dysk. W r. 1834 wymieniany już astronom Pastorff donosił o widzianych na niebie dwóch różnej wielkości obiektach. 27 grudnia 1824 r, nad miejscowością Neuhaus w Czechach przeleciała olbrzymia ognista kula, przy czym na oczach świadków spadła z niej na ziemię „żywiczna substancja organicznego pochodzenia o aromatycznym zapachu". 7 września 1820 r. zaś zaobserwowano nad Embrun (płd. Francja) zwartą formację lecących obiektów, które w linii prostej przemknęły nad miastem, a następnie - nie zmieniając formacji - skręciły pod kątem prostym.
Wiosną 1819 r. astronom Gruthinson (choć inne źródła podają, ze nazwisko jego brzmiało Gruithusen) w czasie obserwacji Słońca dostrzegł nagle „dwa ciemne przedmioty", które na moment przesłoniły tarczę słoneczną. Rok przedtem, w styczniu 1818 r., inny astronom, Loft, z Ipswich (Wielka Brytania) przez ponad trzy godziny obserwował - również w pobliżu tarczy słonecznej - „jakiś niezwykły obiekt". W r. 1808 mieszkańcy miejscowości Pinerolo w Piemoncie (Włochy) dostrzegli błyszczący dysk, który przeleciał nisko nad miejscowością. A w lutym - 1802 r. astronom Fritsch z Magdeburga podczas obserwacji Słońca dostrzegł ciemny dysk, który na chwilę przesłonił tarczę słoneczną.
Przegląd ten wreszcie trzeba zakończyć ostatnią, ale i najdziwniejszą chyba przygodą, którą w czerwcu 1790 r. przeżyli mieszkańcy francuskiej wioski Alencon pod Paryżem. Wypadek był tak szczególny, ze dla jego wyjaśnienia paryska komenda policji wysłała nawet na miejsce inspektora śledczego Liabeufa. Ale i Liabeuf nie tylko go nie wyjaśnił, lecz jeszcze wręcz... zagmatwał. Oto jego dosłowne sprawozdanie (według J. Buttlara):
„12 czerwca o godz. 5 rano szereg chłopów zaobserwowało jakąś olbrzymią kulę, która - jak się wydawało - była otoczona przez płomienie. Z początku podejrzewano, że jest to palący się montgolfier (było to zaledwie 7 lat po pierwszych próbach braci Montgolfier w Paryżu). Jednakże dziwne wydawały się tak jego prędkość lotu jak i odgłos gwizdu. Następnie kula zwolniła, zakołysała się i spadła na szczyt pagórka, niszcząc przy tym całą roślinność na zboczach. Promieniujący od obiektu żar był tak wielki, że zarówno trawa jak i okoliczne krzaki poczęły płonąć.
Na szczęście pożar, który mógł zniszczyć całą okolicę, udało się chłopom ugasić! Jeszcze wieczorem kula była ciągle gorąca, l wówczas rozegrało się niezwykłe, rzec można: wręcz niewiarygodne, zdarzenie. Poświadczyć je jednak mogą jako naoczni świadkowie dwaj merowie, jeden fizyk i trzy inne miejscowe osoby o dużym autorytecie, nie licząc już tuzina chłopów, którzy również przy tym byli. Kula o takiej wielkości, że mogła się w niej zmieścić cała furmanka, nie została na skutek swego upadku zupełnie uszkodzona. Wieść o niej rozeszła się błyskawicznie i ciekawość ściągnęła ludzi ze wszystkich stron, l oto nagle otwarło się w niej coś w rodzaju drzwi i - to jest najbardziej niezwykłe - wyszła ze środka jakaś postać podobna do nas, tyle tylko że bardzo dziwnie ubrana. Strój ściśle przylegał do ciała. Gdy człowiek ten ujrzał cały tłum ludzi, mruknął coś i wpadł w krzaki.
Chłopi instynktownie cofnęli się ze strachu i to ich uratowało, bowiem w moment później cała kula bezgłośnie eksplodowała, odłamki rozleciały się we wszystkie strony i rozsypały się wręcz w proszek.
Poszukiwania dziwnego człowieka nie dały rezultatu. Wydaje się, że rozpuścił się w powietrzu, gdyż do dzisiaj nie został odkryty po nim najmniejszy ślad. Tak jakby w ogóle zniknął on z naszego świata. Czy nie pochodził on przypadkiem spoza naszej Ziemi, skoro w tak niezwykły sposób potrafił się objawić? Myśl ta przyszła mi nagle do głowy, mimo iż nie jestem żadnym uczonym..."
Gdyby dziś jeszcze żył inspektor Liabeuf, niemal dwa wieki po opisanym przezeń wypadku moglibyśmy go pocieszyć: i dziś myśl ta przychodzi wielu ludziom do głowy. Szczególnie gdy nie są „żadnymi uczonymi"!

Między meteorologią, astronomią i... siłami nieczystymi

Tak oto doszliśmy ponownie (po raz trzeci zresztą) do r. 1783. Roku po którym - cofając się wciąż dalej w głębię historii - możemy spośród informacji o niezwykłych, spotykanych na niebie obiektach spokojnie wyeliminować przynajmniej jeden potencjalny składnik: zbudowane przez człowieka „machiny do latania".
„Jest stwierdzoną niemożliwością - oświadczył kategorycznie w r. 1781 astronom Lalande - aby człowiek mógł się unieść w powietrze. Również aparaty i maszyny nie mogą rozwiązać w żaden sposób nonsensu latania". Nie wypominajmy mu, że zaledwie dwa lata później twierdzenie to utraciło już całą swą powagę. Lalande opierał się na doświadczeniach całej cywilizacji do jego czasów. A wówczas z całą pewnością żaden człowiek w jakim bądź aparacie czy maszynie nie potrafił unieść się w powietrze. A jednak mimo to coś tam wciąż latało! Co?
„Wielka ilość ciemnych okrągłych dysków" -tak twierdziło sprawozdanie francuskiego astronoma Charlesa Messiera z obserwacji dokonanej 17 czerwca 1777 r. A pamiętajmy, że - mimo minionych dwóch stuleci - nie możemy naukowców w tych wiekach podejrzewać o zbytnią łatwowierność. Wręcz przeciwnie! Gdy w tym czasie B. Franklin przedstawił londyńskiemu Towarzystwu Naukowemu projekt piorunochronu, uczone gremium wybuchnęło śmiechem i nazwało go wariatem!
Tymczasem w r. 1768 Johann Wolfgang von Goethe stwierdza, że spotkał się z „grupą promieniujących istot". 9 sierpnia 1762 r. astronomowie de Rostan i Croste zauważyli „olbrzymi przedmiot w kształcie wrzeciona, otoczony rozżarzoną otoczką" w chwili, gdy przesuwał się obok tarczy słonecznej, 2 listopada 1761 r. zaś nad alpejskimi szczytami w Szwajcarii przeleciało wiele „dużych matowych kul".
Bardzo interesującą obserwację zawiera także ręcznie pisana w owych czasach przez burmistrzów miasta Karisbad (obecnie Karlove Vary w Czechosłowacji), Poltza i Deimela, kronika tego miasta. Dowiadujemy się z niej, że 23 maja 1759 r. dwie trzecie miasta zostały zniszczone przez olbrzymi pożar. Spłonęły wówczas 224 domy, wieża zegarowa, ratusz i część kościoła.


Lucjan Znicz

Kopiowanie i umieszczanie naszych treści na łamach innych serwisów jest dozwolone na zasadach opisanych w licencji.
Komentarze do artykułu

Twój nick:
E-mail (opcjonalnie):
Komentarz:



Powiadamiaj o odpowiedziach na mój komentarz
(wymagany email):
Uwaga: Jeśli chcesz odpowiedzieć na komentarz innego użytkownika, prosimy skorzystaj z przycisku "Odpowiedz". Pozwoli to uniknąć w przyszłości bałaganu w dyskusji.
BBcode:

[b][/b] - pogrubienie
[i][/i] - kursywa
[u][/u] - podkreślenie
[cytat][/cytat] - cytat
[cytat="NICK"][/cytat] - cytat z nickiem

Zanim napiszesz komentarz, koniecznie zapoznaj się z zasadami publikowania komentarzy na łamach strony Radia Paranormalium. Prosimy nie podawać w komentarzach adresów email - do tego służy odpowiednie pole!


Do tego artykułu nie ma jeszcze komentarzy. Twój może być pierwszy!
    Tagi
    Inne artykuły
    o podobnej tematyce
    SŁUCHAJ NAS
    SKONTAKTUJ SIĘ Z NAMI
    NEWSLETTER
    RAMÓWKA NA DZIŚ
    ARCHIWUM AUDYCJI
    WESPRZYJ
    RADIO PARANORMALIUM
    POLECANE KSIĄŻKI
    NAJNOWSZE FILMY
    MY lubimy ICH, ONI lubią NAS - nasi partnerzy, współpracownicy i zaprzyjaźnione serwisy
    Copyright © 2004-2018 by Radio Paranormalium