Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Piątek, weekendu początek, a najlepszy początek weekendu to oczywiście z Radiem Paranormalium i z panami z „Bibliotekarium”. Chociaż dzisiejszy skład będzie troszkę nasuwał skojarzenia z ABW, bowiem pojawi się właśnie ekipa z ABW: panowie Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz oraz Tomasz Fąs. Tym razem w podwójnej wersji, bo nie tylko z taśmy, ale również i na żywo. Dzisiaj tematem przewodnim „Bibliotekarium” będzie, zgodnie z zapowiedzią, twórczość Henryka Jerzego Chmielewskiego, czyli Papcia Chmiela. Głównie „Tytus, Romek i Atomek”, ale chyba też nie tylko. Zanim przekażę głos do Bydgoszczy, na drugi koniec połączenia internetowo-telefonicznego, tradycyjnie przypomnę kontakty do Radia Paranormalium dla tych z państwa, którzy chcą dzisiaj wziąć udział w audycji, podyskutować z panami i głosowo, i pisemnie. Nasze numery telefonów to jak zawsze stacjonarny 32 746 00 08. Komórkowy i do SMS-ów również to 530 620 493. Skype: radio.paranormalium.pl.
Można także do nas pisać na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas również spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl. Oczywiście na fanpage'u Book Radia: bookradio.pl. Book w sensie książka. Nie ten wątek religijny, tylko wątek literacki: bookradio.pl. Oczywiście na grupach Radia Paranormalium: Na Rubieżach Rzeczywistości i na grupie Czytelników Nieznanego Świata. Można także oczywiście wysyłać do nas e-maile na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. Ktoś mi tutaj zameldował, że jedna z transmisji na YouTube padła, także ja powolutku przystąpię teraz do jej naprawiania. Nic nie słychać.
Zaraz będzie słychać. Spokojnie. A tymczasem przekazuję głos do Bydgoszczy. Halo, halo, Bydgoszcz.
[02:49] - Halo, halo – odpowiem. To, że dzisiaj gości w audycji Tomasz Fąs, to nie jest przypadek, bo jakbym miał wskazać palcem i powiedzieć, kto zawinił w dzisiejszej audycji, to tak naprawdę zawinił Tomasz Fąs i bardzo mu jestem za to wdzięczny. Bo w swoim literackim zapędzie skłonny byłem dostrzegać różne książki: duże, małe, średnie, grube, cienkie. Ale jakoś ten Tytus mi uciekał. W ogóle nie brałem go pod uwagę. Tymczasem Tomek jedną propozycją tak naprawdę otworzył puszkę. Właśnie nie Pandory, tylko z Pandorą.
[03:33] - Puszkę z Pandorą.
[03:34] - Puszkę z Pandorą. Dokładnie. Myślę, że ten polityk unieśmiertelnił się. Więc puszkę z Pandorą otworzył Tomek. Bo tak naprawdę, jak sobie zacząłem myśleć, co zawdzięczam Henrykowi Jerzemu Chmielewskiemu, nazywanego Papciem Chmielem, to uświadomiłem sobie, że kto wie, czy zainteresowanie fantastyką, literaturą popularną, sensacyjną, to gdzieś przynajmniej on troszeczkę narzędzi do malowania, rysowania komiksów przypadkowo nie maczał. Tomku, właściwie nie pozostaje mi nic innego, jak chociaż na chwilę oddać ci głos, zanim cię zupełnie zagadam i zagłuszę.
[04:25] - Cóż, pomysł nie do końca mój, bo to wyszło w rozmowie z jednym z naszych stałych słuchaczy, który mnie namawiał głównie na Lema wówczas, którego już omówiliście, zdaje się, jakiś czas temu. A przy okazji ten Tytus, bo wówczas w Telewizji Polskiej pojawił się materiał. Oczywiście wiadomo dlaczego. Ponieważ autor zmarł. I gdzieś w ramach tej rozmowy się ten pomysł pojawił u mnie, żeby twórczość Chmielewskiego omówić. Cóż mogę więcej powiedzieć? A przy okazji omawiamy całkowitą nowość, ponieważ w tym tygodniu seria Tytusów od nowa się w kioskach pojawiła.
[05:01] - Aha! No właśnie.
[05:02] - Widziałem pierwszy numer znowu na wystawach. Zwierzę ci się, że właśnie mi z dzieciństwa... Przyznaję, że ja się wychowałem na różnych komiksach, między innymi na Tytusie, a później na tym, co się nazywało, będzie w tym felietonie, jak już mnie namówiłeś na przerywanie „Fąsa Fąsem”, że ja się wychowałem na komiksach troszeczkę może nie późniejszych, ale równolegle gdzieś z półmetkiem Tytusów wychodzących, czyli tym teamem z EMPIKu. To były takie komiksy głównie Marvela i DC Comics, ale też jeszcze parę innych wydawnictw. I miałem taki nawyk z młodości, zawsze kioski Ruchu lubiłem oglądać i do dzisiaj mi to może nie do dzisiaj, ale jeszcze jakiś czas temu miałem, chociaż tam nic nie było. Potem jeszcze zbierałem te serie Pratchetta, potem Stephena Kinga też w tych kioskach, więc ten odruch oglądania wystaw kiosków Ruchu mi został bardzo długo. I teraz znowu mam po co, bo Tytusy mogę śledzić na bieżąco. Także jest to dla mnie dosyć sentymentalne przeżycie. Nabywać te komiksy znowu w kioskach regularnie albo przynajmniej oglądać.
[06:00] - Od czasów PRL-u mam identyczny nawyk. Teraz rzeczywiście coraz rzadszy, bo nie ma co oglądać.
[06:08] - Bo serie zniknęły, komiksy wychodzą nawet dużo ładniej wydawane teraz. Są piękne, chociaż drogie, ale właśnie nie ma tych serii komiksowych.
[06:18] - Za PRL-u nie było specjalnie serii, a mimo wszystko dosyć dokładnie kioski oglądałem. Później kontynuowałem tę misję W każdym razie... No dobrze, ale jeszcze Wiktor się nie wypowiedział. My reprezentujemy różne pokolenia. Tomek mówił o tym, że się wychował na tej drugiej części Tytusa. Ja na tej pierwszej. Ja byłem na bieżąco, na super tak do 15. tomu, później tak z doskoku. Ale co ty, Wiktorze, na temat Tytusa, Romka i A'Tomka jesteś nam skłonny powiedzieć?
[07:01] - To znaczy przede wszystkim trzeba zwrócić uwagę, że w kulturze każdego właściwie kraju, każdego narodu funkcjonują jakieś punkty odniesienia dla danych pokoleń, z których się po prostu wyrasta, wychowuje na nich. Zwykle następne pokolenia w ogóle nic o tym nie wiedzą, bo kto dzisiaj pamięta z dzieci, że kiedyś dziewczynki się wychowywały na jakimś, w polskim tłumaczeniu, Fizi Pończoszance? Kto pamięta mojego ulubionego komisarza, czyli Jurka Wróblewskiego z jego Lucky Lukiem drukowanym na przełaj czy gdzie indziej, albo jakieś serii westernowych zupełnie komiksów Jurka Wróblewskiego. Ja się na nich wychowywałem, a Romek, Tomek i A'Tomek autentycznie zajmował poczesne miejsce w zwracaniu uwagi na to, że jest. Natomiast on już mnie nie pasjonował, bo już wyrosłem z tego pokolenia. Krótkich spodenek. Przeglądałem sobie to z dziką radością. Chyba nawet poznałem autora komiksu kiedyś, gdzieś tam w jakimś Rexie czy w jakimś wydawnictwie.
[08:46] - Wiktor, ale to musisz mi wyjaśnić, bo z tego, co ja wiem, to Lucky Luke to był jednak między innymi twórca Asterixa gościnny. A ty mówisz o zupełnie innej postaci. O tym samym komiksie mówimy? O Lucky Luke'u?
[08:58] - Tak.
[09:00] - To ciekawe. To może jakiś etap tego Lucky Luke'a, bo to nie jest polski komiks. Tam są belgijscy, francuscy scenarzyści.
[09:06] - Tak, ale Jurek Wróblewski dołożył się do tego. Robił swoje własne takie zabawy z tym. Zresztą pamiętam, widziałem u niego w chacie kupę plansz oraz nawet na ścianach miał rysowane. Zgadza się. To przechodziło. Jurek trzaskał po prostu wszystko, co dawało jakiś pieniądz, żeby przeżyć.
[09:39] - Wiktorze, a to nie było tak... W tym nawale różnej literatury. Bo z tego, co pamiętam, Wróblewski to on nie Lucky Luke'a, tylko podobne klimaty, ale wydaje mi się, że on Binobila czy kogoś takiego rysował. Tak mi się wydaje.
[10:01] - Zgadza się. Binobila. To było właściwie to samo, co Lucky Luke. Zgadza się.
[10:12] - O35 na czacie czujnie pisze, że dzisiaj nie ma co oglądać w kioskach, bo nie ma kiosków. To też jest pewna prawda. Może tu w Bydgoszczy akurat aż takiej posuchy nie ma.
[10:24] - Ja mieszkam w Śródmieściu Bydgoszczy i jest co najmniej kilka tam przy głównych ulicach.
[10:29] - No wiesz, może tak się zrobiło. Bydgoszcz zawsze zacofana była, to w tym wypadku akurat dobrze robi, bo mamy trochę kiosków, a nie wiem, co z tego tak naprawdę wynika. Ja was chcę namówić, szczególnie ciebie Tomku, zanim się podzielę podobną informacją. A jaki był, Tomku, twój pierwszy kontakt z Tytusem, Romkiem i A'Tomkiem? Pamiętasz?
[10:56] - Wiesz co? Dokładnie ci nie powiem. Wiem, że to było gdzieś na przełomie lat 80. i 90. I to było gdzieś około 10. księgi. Bo teraz oczywiście odświeżyłem sobie te komiksy przed dzisiejszą naszą rozmową. Więc to było około tego, ale który dokładnie nie wiem, bo to też było tak, że tam jedna była w kioskach, druga była wznawiana, coś tam potem z biblioteki się udało wypożyczyć, więc dokładnie ci nie powiem która. Coś około tych „Wysp Nonsensu”, chyba najsłynniejszej księgi. Jeszcze może sobie powiemy dlaczego.
Więc coś około tego. Ale dokładnie kto, z której to się zaczęło, mówię. To też nie była pozycja numer jeden, to też nie powiem, że dla mnie inne historie były ważniejsze w tym okresie, a Tytus był jedną z wielu rzeczy. Gdzieś obok może jeszcze Muminków, o których tam też, ale to już powiedzmy niekomiksowe.
[11:40] - A ty, Wiktorze, pamiętasz, czy to po prostu narażam się tym pytaniem?
[11:45] - Nie. Ja pamiętam, ale to nie było moją pasją. Ja już lubiłem bardziej dorosłe, sensacyjne jakieś rzeczy, a Romek, Tomek i A'Tomek był taką fajną zabawą po prostu.
[12:01] - Tytus, Romek i Atomek
[12:03] - No i oczywiście obok komiksów jest to Kajko i Kokosza też już jest
[12:06] - Tytus, Tomek i Atomek.
[12:09] - Romek
[12:10] - Tytus, Tomek i Atomek. Tytus, Tomek i Atomek.
[12:13] - No dobrze. Tu mamy reinterpretację historii.
[12:18] - Jeszcze dopowiem, przepraszam, że właśnie Christa też teraz wchodzi na Netflixa. W niedzielę będzie promocja serialu Kajko i Kokosz.
[12:28] - Czytałem w internecie, w niezgłębionych przepaściach internetu, że liczba tych, którzy się boją tej premiery i tych, którzy się nią fascynują, te liczby są mniej więcej równe. Wiara w to, że Netflix potrafi zrobić coś wspaniałego, w jednych cały czas narasta, w innych jakoś przygasa. Nie mnie oceniać. Po prostu relacjonuję. Natomiast ja chciałbym powiedzieć o swoim pierwszym kontakcie z Tytusem, Romkiem i Atomkiem, bo tak się jakoś szczęśliwie złożyło, że zacząłem od pierwszej księgi. Na któreś urodziny, ale to takie bardzo mikre urodziny, chyba przed dziesiątką byłem wtedy, dostałem nowiutką, błyszczącą pierwszą księgę. Tak jak ona teraz wychodzi, czyli z tymi trzema ilustracjami trzech bohaterów. Czarna. I cóż, dosyć szybko to przeczytałem. To była taka historyjka, która jakoś mnie wciągnęła, jakoś dobrze przypasowała do tego wieku, w którym byłem.
Pamiętam, że dostałem tę książkę od babci i to w ogóle błyskawicznie i później wielokrotnie do niej wracałem. W dzieciństwie byłem człowiekiem, który uwielbiał, to mi zostało zresztą też w późniejszym wieku, uwielbiał wszelkiego rodzaju serie. Jak przeczytałem, że to jest księga pierwsza, to wpadłem na pomysł, że pewno niedługo będą kolejne. Natomiast nie wiedziałem, że te księgi już się dawno ukazywały i po prostu trzeba poczekać na te kolejne. Nie szedłem kolejno, czyli po pierwszej nie było drugiej. Były inne, pożyczane od kolegów, kupowane, dostawane na Mikołaja i tak dalej. I to były książeczki, które trudno mi powiedzieć, czy z książeczki na książeczkę, czy z numeru na numer. Ja to analizuję z dzisiejszego punktu widzenia, więc to jest w jakiś sposób zafałszowane. Ale jak sobie na to dzisiaj patrzę, to w tych komiksach papcia Chmiela bardzo dużo fantastyki było. Weźmy nawet pierwszą dziesiątkę.
Mamy podróże w czasie, mamy kosmos, zdobywanie kosmosu. Więc wszystko to, co tygrysy lubią najbardziej. W tym wypadku ja byłem zafascynowany. A księgę o tym, jak oni w kosmos latali, a wcześniej przygotowywali się do tego lotu w kosmos, to zaczytywałem na śmierć. Zresztą chyba wszystkie zaczytywałem. W jakiś tajemny sposób mnie to fascynowało.
[15:33] - Sorry, wetnę się znowu. Tam w jednej księdze, nie jestem pewien, czy to jest z kosmosem, czy gdzieś tam obok, ale teraz jak je czytałem, to zobaczyłem wcześniej, nie pamiętałem, nie kojarzyłem tego wcześniej. Jest wprost aluzja do Bliskich Spotkań Trzeciego Stopnia, filmu. Ta scena z boiskiem. A, wiem! Komiks się Tytus przez umuzykalnianie uczłowieczany. Tam jest aluzja wprost właśnie do tego UFO nad boiskiem i kontaktowanie się przez muzykę właśnie z obcą cywilizacją. Cytat z Hitchcocka wprost jest tam. Ze Spielberga, przepraszam.
[16:05] - To ja znowu rzut oka na czat. Tytus, Romek i Atomek to pierwszy po II wojnie światowej komiks, który zagościł w zbiorowej wyobraźni dzieci i młodzieży. I dalej o 35. To, co pan Wiktor mówi o Wróblewskim, to ekstrema. Znał Wróblewskiego, więc może o nim mówić. No jasne, pan Wiktor lubił bardziej sensacyjne rzeczy, więc widzę, że jest na 100% miłośnikiem serii komiksów z kapitanem Żbikiem, więc powiem cytatem: „Chłopaki nie płaczą. Ma pasję.” No tak, ale panowie, ja przygotowując się do dzisiejszej audycji, dostałem od Ivelliosa pewną przesyłkę. Napisano do nas liścik i ja ten liścik przeczytam, bo myślę, że warto go poznać, żeby później może rozkręcić dyskusję. Krzysztof Leśniak napisał w ten sposób: „Odwołałeś ekranizacje. Raczej się nie udały.” To mowa o ekranizacji Tytusa, Romka i Atomka.
Zresztą nie tylko. „Z drugiej strony udały się niewiele gorzej niż filmowe Czarne Stopy. Chyba jest jakaś magia różnych Panów Samochodzików, której nie da się w pełni przenieść na ekran.” Tu mały wtręt ode mnie. Jedyną chyba udaną jest ta z kapitanem Klosem, czyli ta seria o Panu Samochodziku i templariuszach. To chyba jeszcze trzyma klimat. Nie odpowiada w pełni pierwowzorowi, nie odpowiada w pełni książce, ale jakiś klimat trzyma. Pozostałe wydaje mi się, że nie do końca. Ale czytam dalej. „Której nie da się w pełni przenieść na ekran. No i literatura się starzeje.
Forma komiksowa to też literatura według mnie.” Całkowicie się zgadzam. „Starzeją się też odbiorcy.” Niemniej jednak i współczesny młody czytelnik coś tam znajdzie dla siebie i się uśmieje. Potem odłoży w pamięci niczym bajkę o kocie w butach. Oglądałem jakiś czas temu jeden odcinek „Załogi G”, „Battle of the Planets”. Najlepsza bajka w dzieciństwie. Straszna chała, patrząc na to obecnie. Tymczasem „Przygody Sindbada”, japońskie, stare i „Pszczółka Maja”, niemiecka, stara jakby przetrwały próbę czasu, pomimo nieco naiwnych narracji. „Bolek i Lolek” raczej padli, podobnie jak „Reksio”. Czasy i punkty odniesienia bardzo się zmieniły. Inna rzecz, że w jednym z początkowych odcinków „Bolka i Lolka” młodszy za złe zachowanie według ówczesnych standardów dostaje po tyłku od obcego wachmana, jakich komuna instalowała na stanowiskach porządkowo-obserwacyjnych na osiedlach i w kamienicach.
Czyli są smaczki niepoprawne politycznie i są dawne realia. Tylko kto by się w tym grzebał? Profesor kultury popularnej na wydziale humanistyki dawnej przy Uniwersytecie Nauk Klasycznych? Czy to jeszcze komu potrzebne? Jakby zapytać polskiego Simsa , czy woli lekarstwo na raka, czy rzewną i głęboką opowieść dobrą do umierania, chyba wybrałby Sims opcję „Nummer eins”. I tym oto sposobem dotarłem do wspomnień wojennych ofiary wrednych czasów papy Chmiela. Bez przemytu pomarliby z głodu. Wiersze różnych Norwidów to mimo wszystko dodatek software'owy do paliwa dla hardware'u. Czas to dobro nieodnawialne. Ilu ludziom zmarnowano życie?
Kto mi zapłaci za łzy? Lombard. Kilka haseł, skrótów myślowych, czasami bardzo poważnych. Panowie, jakiś odzew.
[20:05] - Ja może tylko dołożę do tego, co czytałeś, że to tempo przemian tych pokoleń. My w sumie omawiając Tytusa, Romka i A'Tomka, to właściwie jak starzy pierdziele wyglądamy wobec współczesnych dzieciaków. Ostatnio moi przyjaciele, może z kulturą nie, ale z techniką bardzo, otóż mieli z dziećmi potężny problem. Okazało się, że ich dzieci nie mają zielonego pojęcia, co to jest komputer. Oni ze zdziwieniem się o tym dowiedzieli. Tak, komputer to jest przeżytek. To znaczy chodziło o komputer stacjonarny. Musieli sięgać w internet, pokazywać dzieciom jakieś skrzynki, jakieś klawiatury, coś takiego, bo u nich w domu tego nie ma. Dzieci tego nie używają, w ogóle już tego nikt nie wie. Komputer też odchodzi w absolutną przeszłość.
Tempo czasu naprawdę przyspiesza ostatnimi laty. Jak się odnosi do techniki, jak ja dzisiaj jeszcze zwracam uwagę samym autorom, którzy piszą jakieś kosmiczne opowiadania i tak dalej, a w tych opowiadaniach bohaterowie stukają na klawiaturze. O rany, Julek, porozmawiajcie ze swoimi wnukami, z dziećmi, jak świat wygląda przecież dzisiejszy. I tak dalej. W kulturze jest też tak samo, że są rzeczy, które odchodzą. Chociaż tak jak ktoś wspomniał, czasami można się ubawić sięgając po rzeczy minione, tak jak się jeszcze niedawno całkiem przyzwoicie czytało „Podróże Guliwera” czy jakąś „Tajemniczą wyspę”, czy „Dwa lata wakacji”. To jeszcze można poczytać. Natomiast to wszystko powoli odchodzi. Lalką Barbie już się dziewczynki przecież nie bawią.
[22:31] - Ja nie wiem, czy się bawią dziewczynki, ale rzut oka na czat. O35: „Ja natomiast najbardziej pamiętam komiks, w którym był wierszyk recytowany przez Tytusa.” Ja też go pamiętam. Nawet pamiętam, jak się uczyłem go na pamięć, bo wydawał mi się wtedy bardzo intelektualny. W takim byłem wieku. A ten wierszyk, czy też właściwie fraza „Forsa to grunt, grunt to ziemia, ziemia to matka, matka to anioł, anioł to stróż, stróż to dozorca” i tak dalej. Mowa też o, mówi też O35: „Pszczółka Maja, stara, też japońska była. Przynajmniej rysownicy byli japońscy.” Tak, przypomniał mi O35 tę frazę. Zresztą takich fraz, które wtedy zapamiętywałem, które się wydawały wtedy bardzo cool. Chociaż nie znałem słowa cool, ale wtedy były zajebiste te frazy. Warto było je znać, żeby się komuś na przykład odgryźć.
Ja kiedyś napisałem, ale tak naprawdę napisałem to, co wcześniej przeczytałem, że papcio Chmiel, zresztą napisał też Ivellios we wstępie do naszej dzisiejszej audycji. To myślę, taka uniwersalna myśl, która krąży po internecie, ale warto ją przytoczyć. Otóż papcio Chmiel na łamach swoich książeczek cywilizował, a właściwie koledzy Tytusa cywilizowali Tytusa, przekształcali go w człowieka.
[24:06] - Uczłowieczali.
[24:07] - Uczłowieczali, przekształcali go w harcerza i tak dalej. Ale tak naprawdę, jak sobie o tym pomyślimy i dzisiaj być może to truizm, ale tak naprawdę to Papcio Chmiel uczłowieczał tych małych czytelników, którzy z wypiekami na twarzy przeglądali książeczki, przesuwali kolejne karty. Przypomnę tylko jeszcze tym, co dzisiaj nie wiedzą, że Tytus, Romek i A'Tomek zupełnie na początku to były książeczki, które z racji wydawniczej były kolorowe i czarno-białe. Znaczy część arkuszy była drukowana w kolorze, a część była drukowana jako arkusze czarno-białe. Kto sięgnie do tych wydań bardzo wczesnych, to jest w stanie jeszcze uchwycić. Dzisiaj człowiek sobie tego nie wyobraża. No jak to? Kolorowy to komiks. No i jest. Chyba, że specjalnie artystycznie jest czarno-biały.
Przypomnę, że takie komiksy także się ukazywały, ale wtedy to była ta socjalistyczna bieda. Później ona oczywiście zaniknęła i komiksy z Tytusem, Romkiem i A'Tomkiem są kolorowe. Ale warto to przypomnieć, że kiedyś co któryś arkusz był czarno-biały. To warto przytoczyć. Wiem, że taką książeczką, która bardzo mnie ekscytowała, była dwie książeczki z tych pierwszych. Na razie mówimy o tych pierwszych, kiedy oni stawali się żołnierzami. Bardzo ekscytująca. Ja wtedy też byłem na etapie, że, bardzo niewychowawczo, ja wiem, że dzisiejsze standardy na to nie pozwalają, ale wtedy ulubioną zabawą chłopaków była zabawa w wojnę.
[25:49] - Marku, ale znowu ci się wetnę, bo ty mówisz: na początku książeczki. Jeszcze dużo wcześniej były te paski komiksowe, nie?
[25:56] - Zgadza się, to „Świat Młodych”. To też trzeba wspomnieć. O tym mówisz czy coś innego?
[26:01] - Na głównie chyba zamierzasz powiedzieć o tym „Świat Młodych”.
[26:04] - Tak, za chwilę o tym powiem, ale wracając jeszcze, to był pierwszy komiks, ten wojskowy i drugi, kiedy oni byli sportowcami. Wiecie państwo, to jest też zabawne, bo komiks Papcio Chmiel był niezwykle elastyczny. W tym wojskowym komiksie, w bardzo wczesnych wydaniach socjalistycznych, oni w pewnym momencie, gdy są na Bałtyku, to pokazują niemieckiej łodzi podwodnej, natowskiej zdjęcie jakiejś jednostki polskiej wojennej i Niemcy szybko uciekają. To się później zmieniło w kolejnych wydaniach. A na przykład w wersji olimpijskiej, o której wspomniałem, która też była jedną z moich ulubionych, to z kolei we wczesnych wersjach była szpada mistrza Pawłowskiego. Problem polegał na tym, że później Pawłowski został oskarżony i skazany za szpiegostwo. I szybko to w innych wydaniach zniknęło. Nie wiem, czy później przywrócono to. A wracając do „Świata Młodych”, coś w tym jest, bo zacząłem czytać „Świat Młodych”, a właściwie jeszcze inaczej. Zacząłem czytać „Świat Młodych” dlatego, że były tam komiksy, ale właściwie to zwróciła na to uwagę, na tę moją pasję do Tytusa, Romka i A'Tomka moja mama i zaczęła mi ten „Świat Młodych” kupować.
Oczywiście zapowiedź była taka: „No ale Marek, ty nie czytaj tylko tych komiksów, tylko czytaj, co jest w środku”. A ponieważ wiedziałem, że moja rodzicielka jest niezwykle konsekwentna, to na początku udawałem, a później mnie to wciągnęło. Udawałem, że poza komiksami coś czytam jeszcze w tym „Świecie Młodych”. Okazało się bardzo szybko, że nie musiałem udawać. Tam rzeczywiście było sporo fajnych treści. Poza tym taka gazeta, której do dzisiaj właściwie jej odpowiednika nie znalazłem, bo gazeta ukazująca się trzy razy w tygodniu, we wtorki, czwartki i soboty. No czad, po prostu czad. I trzy razy w tygodniu komiks. Ja pamiętam, zacząłem czytać od komiksów w „Świecie Młodych”, w którym bohaterowie poruszają się prasolotem. Tak, prasolotem, tym takim żelazkowatym pojazdem.
Bo to znowu jest kolejna rzecz, która jest fascynująca — wymyślanie kolejnych wehikułów. A właściwie tu też wchodzi na scenę postać profesora T. Alenta i jego różne wynalazki. Tomku, a jak u ciebie było z tymi wehikułami chociażby?
[28:40] - Co konkretnie mam ci powiedzieć?
[28:43] - Który wehikuł? Wiesz, dzisiaj się możemy odwoływać tylko i wyłącznie do naszych fascynacji. Nie sądzę, żeby się dało o Tytusie, Romku i A'Tomku opowiadać w sposób obiektywny. Ja w każdym razie się nie podejmuję.
[28:56] - To jest w ogóle ciekawa kwestia. W jaki sposób w ogóle rozmawiać o takiej twórczości? Bo ona ma swoją wartość sentymentalną i wartość dla naszej kultury. Ale pytanie, z naszej perspektywy też to już troszeczkę inaczej, myślę, trzeba na to patrzeć. I widzisz wartość sentymentalną.
[29:13] - Tak, tylko...
[29:15] - Tylko?
[29:16] - Warto pamiętać o tym, że nam, jako ludziom w poważnym wieku, już dzisiaj chyba nie jest dane, a bez aparatu jakiegoś specjalnego, naukowego nie będzie chyba dane odnieść się w sposób taki recenzencki, chłodny do twórczości Papcia Chmiela i do Tytusa, Romka i A'Tomka. My tak naprawdę możemy się odwołać do swoich wspomnień, do pewnych refleksji, do pewnych skojarzeń. Oczywiście możemy coś na tym próbować zbudować i to też będzie cenne, ale myślę, nie bójmy się tych skojarzeń, tych odwołań do swojej młodości, do swojego dzieciństwa, bo coś ciekawego się może wykluć.
[30:04] - Twoje doświadczenie jest o tyle inne, że ty, jak rozumiem, poznawałeś to gdzieś w latach 80. albo i wcześniejszych.
[30:08] - 70. niestety.
[30:10] - No właśnie. Więc to był zupełnie inna rzeczywistość. Lata 90. miały to do siebie, że Tytus był równoległy z masą innych rzeczy. Też między innymi z czymś, co myślę, było bardzo dużą inspiracją dla Tytusa. O czym się jakby nie mówi wprost, to znaczy z komiksami Disneya.
[30:28] - Komiksy Disneya są dużo wcześniejsze, już od lat 40. różne jego kreskówki się pojawiały i myślę, że jest dużo podobieństwa, począwszy od takiego zwierzęco-człowieczego bohatera, poprzez sposób opowiadania historii, gdzie mamy pewnych bohaterów, jednak historię może mało racjonalne, bardziej anegdotyczne, trochę dowcipne. Też różne pojazdy. W historii o Synerusie Makchu też się pojawiają różnego rodzaju pojazdy, różnego rodzaju wyprawy, takie zwiedzanie. To jest w ogóle dyskusja, na jakich Chmielski się wzorował. Jeden z publicystów youtubowych podawał taki przykład, że był w koszulce z paniszerem, z tą czaszką paniszera, na spotkaniu z Chmielewskim i Chmielski to zobaczył, to zaczął mówić, że mu się to nie podoba, bo to się faszystami kojarzy. Czyli to był dowód, że on nie zna paniszera. Ale na Boga, nie na Marvelu się wzorował. To zupełnie inna przestrzeń twórczości. Myślę, że jak już, to inspiracji Tytusowych trzeba w Disneyu poszukiwać.
Może w czymś mniej znanym jeszcze, ale to jest ta linia.
[31:31] - Być może. Tu znowu rzut oka na czat. Mowa o tym, zwrócenie uwagi na to, że Pszczółka Maja to jednak Japońska była. Podaje ZOO35.
[31:45] - Japońska przecież po polsku śpiewa.
[31:48] - Tak. Ale Nippon Animation było wytwórcą. Ale Karel Gott też śpiewał i to w dodatku też po niemiecku Pszczółkę Maję. Wyobraźcie, po czesku to jeszcze, ale po niemiecku. Panowie! Przypomniał się O35 tekst Tytusa komiksu, o którym ty, Tomku, wspominałeś, czyli o umuzykalnianiu. Gdy został cesarskim kapelmistrzem na cześć cesarza Józefa, zagrajmy teraz „Józek nie daruję ci tej nocy”. Więc właśnie, są w Tytusie takie pomysły, takie teksty. Tam jest całe zatrzęsienie. Ja przypomnę, że z kolei w komiksie „Tytus na Dzikim Zachodzie” piękna fraza o tym, że minęło ileś tam strzałów znikąd.
To są takie didaskalia, w tym pojęciu bardzo szerokim, żeby Tomek mi nie zwrócił zaraz uwagi, ale w tym bardzo szerokim pojęciu. Niemniej jednak widać, jak szczegółowo te komiksy były przygotowywane, z jaką pieczołowitością, dbałością o szczegóły. Dla mnie to rozegranie, te strzały znikąd, brzmi w ogóle jak tytuł jakiegoś westernu. Z drugiej strony służy do takiego umownego, z przymrużeniem oka oczywiście, podawania upływu czasu. A poza tym panowie, zakochałem się w kopalni zegarków, którą odkrył Tytus. Sam marzyłem, żeby taką kopalnię odkryć. Zaznaczam, że byłem chyba dziewięciolatkiem, ale mimo wszystko. Wiktorze, ty tak milczysz. Co cię tak frasuje?
[33:35] - Nie frasuje, tylko fascynuje, Marku. Fascynujecie mnie wy. Ja was słucham z absolutną fascynacją. Ty mi mówisz, w jaki sposób to wszystko przeżywałeś. To jest fascynujące. Ja muszę powiedzieć, że wtedy, kiedy miałem naprawdę pięć, sześć lat, to jeszcze nie było takich książek, takich komiksów dla dzieciaków. Ja się fascynowałem zupełnie czym innym. I teraz was zastrzelę. Moim absolutnym bohaterem, moim herosem był po pierwsze Hannibal, potem Spartakus. Nie mówiąc o Herkulesie i jego pracach.
Ja się tym takim niezłymi fascynowałem, bo to były bajki mojego dzieciństwa. Kiedy się tylko nauczyłem czytać, to czytałem takie rzeczy i tak samo dziecinnie do tego podszedłem.
[34:52] - Wiesz, Wiktorze, cały paradoks polega na tym, już w poprzedniej audycji wspominałem troszkę później, jeśli chodzi o „Dzienniki gwiazdowe”, ale ja mniej więcej w tym samym wieku czytałem „Dzienniki gwiazdowe Eden” i Tytusa. To jest taki wiek-
[35:11] - Zgadzam się
[35:11] - ... w którym się absolutnie wszystko miesza ze sobą i rzeczy, które wypada i nie wypada. Oczywiście im byłem starszym nastolatkiem, tym bardziej ukrywałem to przed otoczeniem, że ja jeszcze Tytusy czytam, ale je czytałem w dalszym ciągu z wypiekami na twarzy. Stwierdzam, że dałem się zmanipulować otoczeniu, bo tak naprawdę okazałem się głupim nastolatkiem, który dał sobie wmówić, że komiks to jest coś gorszego. Takie były czasy. Komuna miała to do siebie, że usiłowała takie rzeczy wmawiać, co jest absolutną bzdurą i myślę, że jako takie pacholę nieletnie dałem się zmanipulować. Tytusa warto było czytać. Rzut oka na czat. Wichu: „Trzynasta część, wyprawa na Wyspy Nonsensu to mój ulubiony komiks”.
[36:10] - Mówię, te Wyspy Nonsensu powracają.
[36:12] - Tak.
[36:14] - Mam teorię dlaczego.
[36:16] - Zapraszam.
[36:18] - Myślę, że to jest jedyny taki tom. Właśnie te pierwsze wyspy, potem jeszcze były drugie, to już gorsze zdecydowanie. Wyspy Nonsensu są takim momentem, kiedy Chmielński chyba najbardziej odważył się na prawdziwą satyrę. Na atak pewnych zjawisk może społecznych. Tam jest między innymi atak na ten przerosł urzędniczy. Ci panacja, którzy tam wszyscy kreują ten przerosł, kult technologii wręcz i tak dalej. Ja nie wiem, czy to jest już dobry moment, żeby o tym mówić, ale myślę, że jednak jest sporo rzeczy, których można się czepiać w tej serii. Że jednak Chmielewski na przykład na siłę epatuje śmiesznością, której czasami moim zdaniem brakuje w tych komiksach, bo jednak on jest bardziej narcystyczny niż taki
[37:06] - Złośliwo-szyderczy. A jednak, żeby być dobrym komikiem, trzeba mieć trochę więcej tego pazura, a mniej zachwytu, a więcej pretensji do świata. A właśnie „Wyspa onsens” to jest ten tom chyba najbardziej klasycznie satyryczny moim zdaniem.
[37:27] - Ja bym takie pytanie, a właściwie zawoalowaną tezę postawił. Mówisz o tym dowcipie. Mnie się wydaje, że Chmielewski pozostawał przez cały czas dzieckiem. I on doskonale rozumiał, że nastolatki, szczególnie te wczesne, przypominają trochę Niemców. Już wytłumaczę to karkołomne porównanie. Ponieważ z czego śmieją się Niemcy? I to nie jest, proszę państwa, w tej chwili wygłaszana przeze mnie wyssana z nie wiadomo czego teoria. Ja sam tego doświadczyłem. Niemców naprawdę bawią dowcipy o bekaniu, pierdzeniu, rzyganiu i tym podobne. Naprawdę, ja to widziałem na własne oczy.
Pokładają się ze śmiechu. Oczywiście dowcip musi być jakoś sformułowany, ale to bardzo śmieszne jest. I myślę, że ta świadomość wczesnych nastolatków, dzieci właściwie, jest bardzo podobna. Może nie aż tak drastyczna, ale nastolatki, szczególnie te wczesne, śmieją się czasami z rzeczy, które nas później nie śmieszą. I dlatego powiedziałem, że Papcio Chmiel pozostawał dzieckiem, bo on chyba tę mentalność dzieciaka rozumiał, że czasami to, co śmieszy dzieci, niekoniecznie śmieszy dorosłych. Myślę, że to z tego się wywodzi ta twoja uwaga, Tomku, że czasami z tym dowcipem bywa różnie. On czasami jest gruby, tak delikatnie mówiąc, ale jest. I moim zdaniem dlatego tak się podoba dzieciakom. Czy podobał. Nie podejmuję się oceniać, jak to wygląda dzisiaj.
[39:11] - Ale widzisz, to, o czym mówisz, to jest znowu coś, co już idąc troszeczkę może w takie moje psychoanalityczne zamiłowania. To, o czym mówisz, to jest coś, co się nazywa w psychoanalizie fazą analną, czyli tym momentem właśnie, gdzie odbywa się między innymi ten trening nocniczkowy i tak dalej. I wtedy właśnie ta sfera, powiedzmy wydalnicza, jest aktywna i ona się wiąże też z pewną bardzo niemiecką sferą, czyli kontroli. Czyli to dziecko jest uczone tak naprawdę panowania nad sobą. Pierwszy moment samokontroli, że trzeba nauczyć się korzystać z nocniczka i tak dalej. I to jest ten moment.
[39:42] - Aż się boję tego, co mówimy, bo my, zdaje się, chcąc nie chcąc, zanalizowaliśmy naszych zachodnich sąsiadów.
[39:51] - Nawet nieraz mówię, że żeby się dobrze nauczyć niemieckiego, trzeba się jednak zewrzeć w dolne części ciała.
[39:56] - Zanalizowaliście. Tak. Rzeczywiście, żeby nauczyć się niemieckiego.
[40:02] - Ja też mam znajomych, którzy też mają ten poczucie humoru. I właśnie to są ludzie, którzy mają więcej tej potrzeby kontroli, potrzeby pilnowania pewnych rzeczy. A znowu przesada kontroli to już jest sadyzm. I to jest też ten obszar, gdzie się takie tendencje kształtują. I też myślę, że narcyzm, który się mocno przejawia u Chmielewskiego, też chyba już niestety, ale też chyba coś z Kubą Osem miał wspólnego.
[40:25] - Ja nie wiem, czy w tej strefie niemieckojęzycznej nie zostałbym za tę tezę rozstrzelany, albo przynajmniej wyłuczony koniami. Ale rzeczywiście uczenie się języka... Ja wiem, w tej chwili rasizm przeze mnie, przynajmniej rasizm przemawia, ale uczenie się języka — i tu posłużę się starym dowcipem z brodą ogromną — uczenie się języka, w którym wyznanie miłosne brzmi jak rozkaz rozstrzelania, to jednak jest duże samozaparcie. A rzut oka na czat. I tu jest pewna polemika z tobą, Tomku. O35 pisze: „A może Tytus, Romek i A'Tomek jest niepowtarzalnym naszym rodzimym tworem i nie należy doszukiwać się w tym przypadku, że był wzorowany na tym czy na tym.”
[41:19] - Właściwie od momentu wynalezienia języka i pisma to wszystko bazuje na wcześniejszych dziełach. Nie sądzę, żeby Chmielewski nie znał dzieł Disneya. Chyba nawet w jakimś tomie, jeśli gdzieś tam zamieszkani, pojawia na plakatach z tego. Pamiętam chyba w tym olimpijskim, co wspominałeś. Także na to zwróciłem uwagę akurat, jak sobie przypominałem. Więc nie sądzę, żeby Chmielewski nie słyszał o Disneyu. A czy się inspirował, czy nie, to już wiesz, to jest bardzo subtelne. Tu nie ma prawd oczywistych. Myślę, że miał świadomość, że coś takiego istnieje. Na pewno nie zżynał świadomie, ale sama forma komiksowa, też nie wymyślił tej formy podania dzieła, więc jakieś inspiracje skądś musiały pochodzić.
[41:59] - A ja z tej książeczki olimpijskiej zapamiętałem na przykład... Znowu, ja wiem, że za to, co w tej chwili powiem, zostanę znienawidzony przez niektórych, ale one też pełniły pewną rolę takiego okna na świat, te książeczki Papcia Chmiela. Okna na świat, pewnego przyswajania wiedzy. Bo ja z tej książeczki olimpijskiej pamiętam, że „tak” to znaczy „dziękuję” po szwedzku. Nie znam języka szwedzkiego, ale to jedno wiem, że „tak” trochę inaczej akcentowane, ale jednak to jest „dziękuję”. Kilku innych rzeczy. Na przykład ta wersja, gdzie Tytus miał poprawkę. Piękne tytuły. „Rewolwerowiec kontra pistoletowiec” na przykład. Po prostu to, gdzie on zostaje bogaczem.
To tak bardzo przemawiało do tej dziecięcej wyobraźni, kiedy Tytus właśnie w tej książeczce zostaje bogaczem i mówi boyowi hotelowemu, że on nie ma żadnych bagaży, ponieważ podróżuje wyłącznie z książeczką czekową. Ja wiem, dzisiaj się czasy zmieniły. Dzisiaj byłaby to karta płatnicza albo kredytowa. Niemniej jednak wtedy człowiek myślał sobie: tak! Są ludzie tak bogaci. To w ogóle świat wygląda inaczej, więc myślę, że to jest drugi element. Po pierwsze ten element dowcipu dostosowanego do wieku to pierwszy element, za którego będę obstawał przy tym, że Papcio Chmiel to wyłapywał. A drugi element to dostosowanie się albo podążanie za poziomem intelektualnym, edukacyjnym czytelników. Papcio Chmiel nie epatował wiedzą zbyt hermetyczną, zbyt wysoką, natomiast wrzucał tam sporo różnych informacji, sporo różnych wiadomości. Ja dzisiaj oczywiście nie potrafię tego przesiać i nie potrafię powiedzieć, czego się tak naprawdę z książeczek Papcia Chmiela nauczyłem, ale jestem przekonany, jak sobie analizuję takie poszczególne sceny, że to było dość sporo.
Bardzo często też inspirował, żeby czegoś poszukać. Pamiętam w tej książeczce olimpijskiej, gdzie oni w pewnym momencie trafiają na Kubę. Wydaje im się, że odkrywają perły w jednej z jaskiń. To był taki element, taki motor do tego, żebym się, na chwilę przynajmniej, zainteresował geologią, bo tam jest mowa o naciekach. Że to perły nie były. Oni z krótkotrwałych bohaterów, nie bohaterów, tylko bogaczy, stali się znowu zwykłymi harcerzami. Ale też znowu, Tomku, odwołanie do twojej wiedzy, bo ja niestety zostałem na tej wersji starej. Bo oni tamtym wannolotem jak podróżują, to docierają w końcu do obozu pionierskiego na Krymie, który nazywał się Artek. Czy ty pamiętasz może, gdzie w późniejszych wersjach oni docierają?
[45:17] - Właśnie patrzę. Gdzieś tu miałem. Szukam tej myszinki. Dopóki nie mogę znaleźć, więc jeszcze na ten moment nie mam dowodu. Ale mówisz, ten obóz tam już taki grecki, czy jeszcze coś wcześniej? Jakieś walki bokserskie i na koniec jest taki obóz już w starym stylu. A nie, jeszcze może nie, bo na końcu oni na taki obóz grecki docierają. To już jest taka bardziej fantazja. A teraz pytasz, wcześniej gdzie oni docierają, tak?
[45:50] - Na Kubie są. A ja w tym czasie odwołam się do czata. O 35: „Niezła jest ta księga. Gdy jako paliwo do pojazdu służyły trzeciorzędne powieści SF”. Naprawdę było niezłe. O 35: „Romek i A'tomek testowali akustykę pomieszczeń, wykrzykując: je, je, je. Każdy, kto czytał, wiedział, że to znak, iż lubili bitersów”. O 35: „Zlitujcie się. W komiksach Disneya wszystkie postacie były zwierzętami, które zostały zhumanizowane. Tytus jest tak naprawdę jedynym bohaterem, którym nadano cechy człowieka.
Jest jednak różnica”. Kator 42: „Swoją przygodę z komiksem zacząłem od Kajka i Asterixu z biblioteki”. No tak, ale właśnie, czy później nastąpił zwrot w kierunku Tytusa? O 35: „A poza tym taki komiks jak Tytus, Romek i A'tomek, jakby nawet ktoś w tamtych latach coś podobnego stworzył, nigdy nie miałby szans na wydanie”. O 35: „Nie ta kultura”. Oczywiście tu w tym wypadku O 35 mówi o Stanach Zjednoczonych. To prawda. Papcio Chmiel przynajmniej na początku bazował na tym, że rzeczywiście w Polsce była posucha komiksowa. Władze patrzyły na to krzywo. Już o tym wspominałem.
Ten „Świat Młodych” z komiksem na ostatniej stronie, ale musiał być pod spodem powieści. Była powieść. Niektóre z tych powieści też czytałem z wypiekami na twarzy. W każdym razie, odwołując się do historii Tytusa, Romka i A'tomka, wiecie państwo, ja bym zrezygnował z tych poszukiwań. Czy się naprawdę wzorowali na Disneyu, czy nie. Nie dojdziemy do tego dzisiaj. Papcio Chmiel na ten temat zeznawał nie będzie. Pewne powiązania, tak jak tu Tomek słusznie zauważył, ponieważ nasza kultura przenika się i nie da się tego rozdzielić, więc pewne powiązania na pewno są, ale czy one są znaczące? Nie wiem i nawet nie wiem, czy chcę to wiedzieć. Tomku, czy znalazłeś już odnośne strony?
[48:12] - Zbyszo, czego ty byś chciał się dowiedzieć? Ty mówisz o tym olimpijskim odcinku, tak?
[48:16] - Tak. Chciałbym się dowiedzieć, bo oni w tym olimpijskim odcinku, tak jak powiedziałem, gdzieś tam w końcowej części docierają do obozu pionierskiego Artek. To na końcówce prawie było.
[48:30] - Na końcówce mówisz, czyli już po. Bo tam pierwszy raz byliśmy.
[48:34] - W dodatku jeszcze tam otrzymują taki ekstra superwypasiony wannolot nowego typu.
[48:40] - Ale to były jeszcze księgi. Oni w olimpiadzie latają trombolotem, a wannolot to jest taka podróż w ogóle inna.
[48:49] - A możliwe. Możliwe, że-
[48:52] - To jest księga pierwsza. Podróż do ćwieczkoła świata to jest wannolot.
[48:56] - Sprawdzę.
[48:57] - Wejdź sobie na Wikipedię. Wszystko masz napisane.
[49:01] - Wejdę, wejdę. Wiktorze, teraz ty.
[49:05] - Ja cały czas słucham z fascynacją was, a fascynuje mnie nawet coś takiego jak O 45 mnie fascynuje totalnie, bo ja w życiu nie myślałem, że on ma pojęcie o tylu rzeczach naokoło. Nawet o Romku, Tomku i A'Tomku. To jest fenomenalne. Ja tylko troszeczkę własną piersią osłonię przy tym poczuciu humoru, które żeście tak naświetlali, trochę własną piersią osłonię naszych zachodnich sąsiadów, gdyż jak ja sobie przypominam swoje dzieciństwo, to wiem, że w moim dzieciństwie najwspanialszym wcipem, jaki można było komukolwiek zrobić, to było podstawianie nóg. A jeśli ktoś biegł po chodniku i wybił sobie przy tym zęby, to człowiek się uśmiechał, uśmierzał popachy normalnie. To była zabawa tak cudowna. Oczywiście ja tego nie praktykowałem specjalnie, ale moi wszyscy przyjaciele namiętnie. Czyli to poczucie humoru wcale nie jest grubą kreską oddzielone na Wschód i Zachód, ale jest takie samo. Tylko oczywiście faluje.
[50:40] - I teraz czas się uderzyć w pierś. Uderzyłem. Rzeczywiście ten wannolot to podróż po całym świecie. Jakoś mi się tak dziwnie zestrzeliło z tym sportowo-olimpijskim. Niemniej jednak dalej mnie interesuje, czy oni w późniejszych wersjach docierali nad Morze Czarne i tam dostawali się do obozu pionierskiego Artek, gdzie dostawali taki wypasiony wannolot. Czyli to już było chyba wannoamfibiohelikopterpoduszkowiec, coś takiego. Czołgolot i coś tam jeszcze. Rzeczywiście mi się te dwie księgi nałożyły. To znaczy, że czas sobie odświeżyć przynajmniej niektóre księgi, bo gdzieś mi się tam, to jakieś zmiany starcze w mózgu zapewne, że mi się pewne rzeczy nakładają.
[51:35] - Ten obóz Artek w ogóle to był fakt historyczny, geograficzny. To istniało.
[51:42] - Ale mnie interesuje, jak w późniejszych wersjach, kiedy już ten obóz nie istniał, bo Tytus funkcjonuje dalej, a Artek, ja nie wiem, czy on już nie sprywatyzowany przypadkiem.
[51:54] - Lecą przez pustynię. Teraz jakaś burza, trąba powietrzna ich porywa, przez morze lecą, przez morze płyną, na kłodzie płyną. Szybko ratujmy! Po pewnym czasie. Gdzie jesteśmy? Co to za pieczara? Padnijcie na kolana! Jesteście przy oblicze Neptuna.
[52:12] - To jest Kuba. Jak pieczara to Kuba.
[52:15] - Neptunie. To jest przed obliczem Neptuna.
[52:19] - Tak, ale to im się wydaje. To im się wydaje, że to oblicze Neptuna. Dobra panowie, nie zagłębiajmy się aż tak głęboko.
[52:28] - A jest Artek. Jesteśmy dokładnie za drogą wodną. To nasz obóz Artek. Dobra.
[52:33] - A jednak.
[52:35] - Teraz już wygląda dobrze. To jest copyright 2010.
[52:40] - Wiecie co? Jestem z siebie jednak dumny, że te zmiany starcze jednak nie postąpiły aż tak daleko, bo o ile ten wannolot to jest, o ile dobrze pamiętam, księga piąta, to ten trąbolot, którym oni olimpijczykują się, to jest księga szósta. W związku z tym aż tak daleko mi się to nie pomieszało. Dla mnie fascynującym komiksem, na który długo polowałem, był ten komiks, w którym oni się uczą przepisów drogowych. Mają takiego sztucznego konia, który ich między innymi tych przepisów uczy. Dlaczego mnie to fascynuje? Za cholerę nie potrafię powiedzieć. Natomiast pamiętam, że z dużą fascynacją odwoływałem się. Co więcej, to była księga, której przez długi czas nie miałem. Miał ją mój kolega, który mieszkał na tej samej klatce schodowej, dosłownie drzwi obok.
Ja mu bajońskie sumy oferowałem jak na tamte czasy i na nastolatka. Miałem duże poczucie własności prywatnej i chciałem koniecznie ten komiks mieć, i bajońskie sumy oferowałem. A im ja większe te sumy oferowałem, tym on bardziej nie chciał sprzedać. Nie wiem, jakaś żyłka się w nim zrodziła biznesmena. Wiedział, że mam ssanie na ten komiks i coraz bardziej go sprzedać nie chciał. Ja go później zdobyłem, ten komiks oczywiście, ale był takim przedmiotem mojego pożądania. O takim głuptactwie młodzieńczym czy dziecięcym świadczy to, że ja średnio raz na kwartał od tego kolegi pożyczałem ten komiks przynajmniej na dwie doby, żeby go po raz kolejny przeczytać. I tu jest kolejny kamyczek do tego uśmiechania się Wiktora, który słucha tych opowieści i dziwnych treści z niesłabnącym zainteresowaniem. Wiktorze?
[54:36] - Jak wy mówicie o tym, to mi się tak skojarzyło. Mój przyjaciel znowuż miał starszego brata, który miał w biblioteczce nie komiksy, ale wszystkie od początku „Młode Techniki” i ja gotów byłem wszystko oddać, żeby on mi pożyczał po prostu te całe. Ja bym tylko, ale on nie chciał za żadne skarby mi pożyczyć.
[55:07] - Porzucać tych starych „Młodych Techników”. Ja to pożądanie też pamiętam. Ono trwało tak długo, aż kiedyś przyszedłem do tego przyjaciela, a ten starszy brat patrzył na mnie z takim dziwnym wyrazem twarzy, bo właśnie wtedy w „Młodym Techniku” opublikowałem pierwsze opowiadanie.
[55:32] - I żeś mu pokazał. Tomku, a ja się jeszcze odwołam do twoich wspomnień, a właściwie do tego, co już powiedziałeś. Mówiłeś o tych „Wyspach nonsensu”, że warto o tej księdze wspomnieć. To wspomnij.
[55:53] - Ona jest też chyba najbardziej wspominana.
[55:55] - Właśnie.
[55:57] - To właśnie ludzie najczęściej tak wspominali. Oczywiście z różnych powodów. Jeden już podałem, że to właśnie jest chyba najbardziej satyryczna księga, gdzie trochę więcej tej szpili wpuścił Chmielewski. Tak jeszcze patrzę tu na Wikipedię. To jest trzynasta księga i ona wyszła w 1979. Ty mi powiedz, czy to były już takie czasy wtedy, że więcej było wolno, czy nie?
[56:23] - Właśnie nie, wbrew pozorom nie, bo było po 1976 roku, czyli władza się była rozprawiła z robotnikami. Było przed rokiem 1980. Narastało napięcie. Ja to mogę powiedzieć z perspektywy dzisiejszej, absolutnie tego napięcia nie czułem wtedy jako gówniarz. Być może to, co się znalazło w „Księdze rysowanej” przez Papcia Chmiela, było jakimś odwzorowaniem. Albo jeszcze coś innego, bo problemem dziennikarstwa komunistycznego czy też socjalistycznego było to, że trzeba było kogoś krytykować, ale tak naprawdę kogo? Przecież nie partię albo nie jakieś ważne instytucje. Więc kogo się krytykowało? Złych urzędników. Tych urzędników, którzy prawomyślnego obywatela socjalistycznego państwa dręczyli.
Oczywiście ta krytyka nie mogła sięgać zbyt wysoko, ale taki urzędnik przeciętny z okienka pocztowego albo z jakiegoś urzędu niskiego szczebla to jak najbardziej. Można było się nad nim pastwić, bo on jeszcze nie wchodził w rejony nomenklaturowe, ale jakaś to władza była i można się było na tym urzędniku wyżywać. I kto wie, czy ta księga nie jest śladem pewnych takich emocji, które w społeczeństwie powstawały. Oczywiście społeczeństwo bardzo szybko, może nie samo społeczeństwo, pewni przedstawiciele tego społeczeństwa oczywiście bardzo szybko doszli do wniosku, że to jest próba kanalizowania niezadowolenia i że tak naprawdę nie urzędnik niskiego szczebla czy średniego, ale powiedzmy całe zło tkwi gdzieś wyżej. Nie wiem. Dzisiaj z perspektywy kilkudziesięciu, 40 lat trudno jest aż tak szczegółowe analizy czynić. W każdym razie ja nie jestem do tego przygotowany, ale coś w tym było, że pojawił się taki moment, że jak rozwijała się gospodarka socjalistyczna, to właściwie wszystko było wspaniale. I co tu krytykować? Tymczasem dziennikarstwo, nawet socjalistyczne, żyje trochę z sensacji. Może nie na tę skalę, jaka ma miejsce dzisiaj, ale jednak.
Potrzeba krwi. I tę krew toczono właśnie między innymi z urzędników, z dyrektorów, którzy źle zarządzali firmami, okazywali się zwykłymi idiotami i tak dalej. Na to sobie nawet „Dziennik Telewizyjny” wówczas pozwalał, żeby niegospodarność, złe zarządzanie, niesocjalistyczne krytykować. Być może ta książeczka to właśnie pewne pokłosie tego rodzaju podejścia.
[59:36] - Tamtych wysp jest kilka. Jedna jest tą urzędniczą, potem zdaje się sport z przesady, też ta dyrektologia. I na koniec ta wyspa palaczy, która gdzieś ten bunt niepalący się wszczyna, więc jakieś nawoływanie do buntu czy do protestu się również weszło.
[59:49] - Jeśli weźmiemy pod uwagę, że zaraz potem był rok 1980, to palacze mogli być jedną wielką przenośnią. Ale jak było, nie wiem. Nie chcę nadinterpretowywać jakoś szczególnie.
[01:00:01] - Co jeszcze tak zauważam, patrząc na poprzednie księgi, że ta trzynasta księga to jest też pierwsza nie tak nachalnie dydaktyczna, że tam jednak wcześniej zawsze był jakiś temat związany z przedmiotem szkolnym czy jakimś obszarem wiedzy, działalności ludzkiej, a trzynasta właśnie, bo jeszcze chyba w dwunastej wcześniej było „Praca w jeszcze”, wcześniej „Ochrona zabytków”, „ochrona przyrody”. Więc takie bardzo dydaktyczne były w treści te księgi wcześniejsze. A właśnie trzynasta jest pierwszą taką, gdzie nie ma tej dydaktyki. Właśnie jest po raz pierwszy taki raczej głos sprzeciwu, raczej głos pewnego wyśmiewania skrajnych postaw ludzkich. Pewna taka wymowa satyryczna. Ale też sam pomysł „Wyspa nonsens” to jest też wreszcie się Chmielewski wysilił na trochę więcej kreatywności, gdzie nie tylko opowiadał o rzeczywistości za stady, nie tylko przetwarzał wiedzę, powiedzmy, szkolno-popularnonaukową, a jednak coś takiego bardziej artystycznego z siebie wydał. Więc to też, myślę, jest kolejny element popularności tej księgi. Tak mi się wydaje.
[01:00:59] - Wiesz co, ciekawe jest to, co mówisz, bo znowu dzisiaj z perspektywy starego repa to ja rzeczywiście dostrzegam to, o czym mówisz, czyli pewną dydaktyczność tych pierwszych nastu ksiąg. Niemniej jednak pewne mistrzostwo Papcia Chmiela polegało na tym, że ten młody człowiek, chociaż dziecko, nastolatek szczególnie, jest bardzo wrażliwy na punkcie swojej wolności. On tego tak nie formułuje. On nawet nie wie, co to wolność, tylko ma pewne poczucie swojej niezależności. Chciałby ją mieć, przynajmniej tę niezależność. To Papcio Chmiel nie prowadził dydaktyki młotkowej, że ją tak nazwę. Czyli nie wbijał do głowy: „Tak musi być i koniec”. On to robił we wdzięczny sposób. My to dzisiaj oczywiście widzimy. Widzimy, że on czasami przeginał pałkę, ale wtedy absolutnie jako dziecko tego nie widziałem.
Poddawałem się temu czarowi, być może tej manipulacji, nie wiem. Ale ta dydaktyczność pierwszych nastu ksiąg, mimo wszystko, przy tym, co potrafił wyprawiać socjalizm, była delikatna, softowa. Naprawdę zupełnie niegroźna moim zdaniem.
[01:02:24] - Tak przy okazji, właśnie w siedemdziesiątych ochrona przyrody. Wąż nazywany jest płazem i nigdzie to nie jest wyjaśniane, więc nie wiem, czy się pomylił, czy faktycznie myślał, że to jakiś rodzaj dowcipu. Nie wiem.
[01:02:35] - A czy to w „Tytusie, Romku i Atomku” było: czym się różni płaz od gada?
[01:02:40] - Tak. Potem dokładnie to się pojawia, że płaz może gada puścić płazem, a gad nie może płaza zagadać. Romek mówi, że wąż to gad, a Tomek go poprawia, że to płaz.
[01:02:53] - Może to miało świadczyć o tym, bo Tomek był taką postacią, która się lubiła mądrować. Raczej to może miało pokazać, że jednak niekoniecznie wszystko wiedział. Z Papciem trzeba delikatnie. Rzut oka na czat. O35. Sekundę, muszę przewinąć. Zlitujcie się. Kto było? Nie. Najpierw Kator42: „Swoją przygodę z komiksem zacząłem od Kajka i Asterixów”.
To też już czytałem. O35: „A poza tym taki komiks jak Tytus, Romek i Atomek”. To też czytałem. Coś się dzisiaj przewinęło mi za bardzo. O35: „Genialna jest księga jak Tytus zostawał dziennikarzem. Kaczka dziennikarka wypuszczana z redakcji, która po jakimś czasie przynosiła w dziobie tekst tak zwanej kaczki. Po przeczytaniu tego tekstu Romek stwierdził, że przecież jest to wiadomość wyssana z palca. Na to Tytus: nie działał wiadomości wyssanych z palca. A obok następny rysunek w komiksie to Romek ssący wielkiego palca w pokoju obok”.
[01:04:07] - To już coś pośredniego. Troszeczkę też tam autor pokazuje warsztat, jak dziennikarstwo wygląda, a już troszeczkę swojego satyrycznego komentarza tam wplata.
[01:04:17] - Mamy też na czacie wspomnienia. Wihu: „Księgę piętnastą Tytus geologiem otrzymałem po skończeniu pierwszej klasy jako nagrodę. To był mój początek znajomości z tą serią komiksów”. Jakub Filip: „A mnie gorączka powaliła wczoraj i teraz odlatuję na Wyspy Nonsensu”. Mamy nadzieję, że to nic poważnego i zdrowia życzymy. O35: „To miałeś szczęście. W moich czasach nic takiego nie dawano. To znaczy komiksów na zakończenie klasy”. W moich też nie dawano. W moich czasach, pięknych latach siedemdziesiątych, może nie tak do końca pięknych, komiksy były uważane za coś gorszego, czego się nie godzi czytać.
Wihu: „U nas w bibliotece szkolnej były części z Wannolotem, Slidelotem i Prasolotem”. O35: „U mnie w czytelni szkolnej to wycinano po kryjomu ostatnie strony z komiksem ze Świata Młodych”. U mnie się to też zdarzało. O35: „No i profesor Talent, który zawsze miał problem z białymi myszkami w swoim laboratorium”. No właśnie!
[01:05:32] - Jak dzisiaj ktoś by powiedział, że co chwila ktoś pali albo pije, to by dzisiaj nie przeszło.
[01:05:36] - Tak, ale zwróćcie też uwagę na jedną rzecz. Te białe myszki wspomniane przez O35 zwróciły moją uwagę, że Papcio Chmiel, zdaje się odkrył to, co twórcy filmowi odkryli sporo, sporo później. Znana jest ta metoda, że filmy takie jak na przykład „Shrek” albo kilka innych filmów, właściwie większość filmów dla dzieci, ma drugą warstwę dostępną już tylko dla dorosłych. Oni potrafią, ci dorośli, wyłowić pewne sensy, pewne przekazy z tych filmów. Tak że dziecko siedzi na fotelu kinowym i się cieszy albo w fotelu w domu przed telewizorem i dorosły siedzi i też się cieszy, tylko z zupełnie innych rzeczy. To jest jeden z przykładów. Ale te białe myszki, czyż to nie jest jakiś jasny komunikat dla tych bardziej posuniętych w wieku dzieci, czyli tak zwanych dorosłych? Te białe myszki się tam chyba nie pojawiają przypadkowo. A zatem Papcio Chmiel miał świadomość. Myślę, że miał świadomość tego, że jego komiks pełni taką trochę uniwersalną rolę, że on owszem, dla dzieci tak, jak najbardziej i ta dydaktyka, i tak dalej.
Ale z drugiej strony niech się ten dorosły też pobawi. Już nie pamiętam księgi. To zdaje się wtedy, kiedy w czasie podróżował, gdzie trafił, odkrył taką podziemną w studni czy w jakimś podziemiu komnatę, w której była pracownia alchemiczna. Pamiętam, że to niesamowicie podziałało na moją wyobraźnię. Już budowałem wtedy takie dziecinne opowieści właśnie o takich miejscach podziemnych, oddalonych, zamaskowanych. Papcio Chmiel miał jakąś taką zdolność przemawiania, czytania młodych ludzi i dawania im tego, czego tak naprawdę chcieli ci młodzi ludzie. Moim zdaniem to jest jakaś doza geniuszu w tym wszystkim. Nie dlatego to mówię, żebyśmy dzisiaj tylko wychwalali te komiksy. Nie. Chodzi mi o to, żeby oddać cesarzowi, co cesarskie.
Moim zdaniem Papcio Chmiel, tak jak to często się mówi, pozostał dzieckiem i chwała mu za to, bo dzięki temu dzieciaki dostały fajne książeczki. Po prostu, co tu wiele mówić.
[01:08:17] - Powiedzmy, że z różnych jego wypowiedzi i postaw wynika, że on wcale Tytusa jakoś przesadnie nie lubił, że on chciał też się bardziej realizować artystycznie. Ale to była jedyna rzecz, która miała tak szeroki odbiór i gdzieś tam do końca z Tytusem utknął. Sam mówi, że za bardzo dzieci nie lubi, na przykład w tym filmie, który z nim został przeprowadzony ostatnio, jakiś wywiad czy materiał o nim.
[01:08:42] - Tak.
[01:08:42] - Ale wiesz, też nie jest tak, że on cały czas się zrealizował w tym Tytusie tak bardzo.
[01:08:47] - To jest tak, na dwoje babka wróżyła, bo ja się zawsze zastanawiam. Znam z dziejów literatury i kilku innych zawodów artystycznych takie oto przykłady, że ludzie, którzy osiągnęli sukces, jakąś powtarzalną rzecz, którą wykonywali, przyniosła im sukces. To bardzo często jest tak, że ci twórcy źródła tego sukcesu nie lubią. Oni wiedzą, że to im się udało, że na to jest ssanie, że ludzie chcą tego, ale oni tego nie lubią.
[01:09:22] - Kazus Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej mi się kojarzy.
[01:09:26] - Być może. Ja nawet nie sięgałbym aż tak daleko, ale to się zdarzało w przypadku pisarzy, którzy swoich bohaterów po pewnym czasie, kiedy musieli powtarzać któryś kolejny tom, przestawali lubić. Wiedzieli, czego chce publika i to dawali, ale tej sympatii nie było. Jak było u Papcia Chmiela? Nie wiem. Tak naprawdę trudno mi powiedzieć. Nie wiem, Tomku, może ty.
[01:10:00] - Mówię, że z jakichś wypowiedzi, są takie wypowiedzi jego, zdaje się. Polecam ten materiał, który TVP jest, chyba z TVP VOD można tam przeskoczyć przez reklamy i obejrzeć. On tam, zdaje się, mówi coś takiego, że miał jeszcze jakieś inne aspiracje artystyczne i nic z tego nie wyszło. Dokończymy, zaraz oddam głos. Zdaje się, że nawet jest taka scena w „Tytusie”, u klasycznian, u Czuliczanie, gdzie ten Papcio mu oddaje te swoje obrazy i cierpi strasznie, że nikt ich nie chciał kupować.
[01:10:34] - Być może. Wiktorze, chciałeś zabrać głos?
[01:10:37] - Nie, tylko chciałem podkreślić to, co mówiliście, że to zjawisko istniało zawsze, że twórcy, którzy cholernie lubią niezależność, wolność osobistą, wolność twórczości i tak dalej, bardzo często, a właściwie praktycznie zawsze stają się z biegiem czasu niewolnikami swojej twórczości. Jeśli mają skomplikowaną psychikę, to mogą mieć kłopoty z tym wszystkim. Czasami rzeczywiście nie potrafią sobie z tym poradzić.
[01:11:26] - A ja mam, Tomku, do ciebie pytanie, bo przyznam się, że owszem, dysponuję w tej chwili w wersji elektronicznej wszystkimi księgami „Tytusa, Romka i A'Tomka”, ale jest taka księga, do której nie odważyłem się zajrzeć. Ta księga, tak opisuję, ponieważ do niej nie zajrzałem. Ta, w której on jest panem młodym, w której się żeni. Jakie to jest? Opowiedz. To w ogóle się da czytać?
[01:11:55] - Wiesz co? Nie wiem. Mnie się te wszystkie „Tytusy” jakieś takie trochę podobne wydają, mimo wszystko. Może bez przesady, ale już tam trochę płynie w różne strony. Ono nigdy takie przesadnie spójne nie było. Ale to co, tej nie przeczytałeś, a kolejną przeczytałeś? Potem jest już poślubna. Znaczy miesiąc miodowy, który spędza pijąc miód na początku.
[01:12:15] - Powiem, że dobrze. W ogóle wszystko, co dotyczy małżeństwa Tytusa, jakoś tak mi nie przechodziło.
[01:12:22] - Naprawdę. Tytus się żeni i jakoś chyba dwie księgi później już go ta żona porzuca. Zdaje się, że Milewski też się w końcu rozwiódł. Także jest to chyba jakiś taki wątek sami aluzyjny. Zresztą Milewski co chwilę sam siebie rysuje w tych komiksach, więc też to jakiś motyw narcystyczny, myślę, jest coś, przynajmniej autoprezentacyjny.
[01:12:43] - Albo zabieg. Trudno mówić o zabiegu literackim, ale taki zabieg komiksowy. Rzeczywiście Papcio Chmiel, w której księdze się pojawia? Na pewno się pojawia w pierwszej, ale jest tych przypadków więcej, gdzie on rzeczywiście wkracza na łamy.
[01:13:00] - To po tym. W pierwszej się nie pojawia. Potem się pojawia.
[01:13:05] - Ale później się w pierwszej pojawia.
[01:13:07] - W kolejnych wydaniach.
[01:13:10] - W kolejnych wydaniach. Zgadza się. Tam jest taka krótka historia tego, jak Tytus powstał. Że powstał właściwie z plamy rozlanego tuszu. I w ten sposób, ponieważ ta plama mu się kojarzyła, on stworzył Tytusa. Rzeczywiście to jest rzecz dorysowana, ale ja taką już poznałem. Ta pierwsza księga, którą w latach 70. dostałem, tak jak powiedziałem, od babci, to właśnie już była z tą wersją dorysowaną i mnie się to tak nałożyło. Czyli mówisz, że nie urywa odpowiednich części ciała te tomy dotyczące małżeństwa Tytusa?
[01:13:47] - Wiesz co, musiałem dosyć szybko je wszystkie poznać przed naszą rozmową, więc też przesadnie nie wczytywałem się we wszystkie kwestie. Okej. Potem internetowa jest dosyć fajna. To nawet czytam jakoś bardziej czytane, bo widać, że mimo wieku wiekowi jednak sporo rzeczy rozumiał Patrzuk z tych zjawisk komputerowych. Może nieidealnie, ale całkiem celna była to satyra na tą rzeczywistość komputerową, która się w latach dwutysięcznych tworzyła pomału. Także tutaj akurat szacunek z mojej strony.
[01:14:14] - A tu rzut oka na czat. Oj tam, oj tam — pisze o 35. Kapitana Żbika móc było oddać do oprawy, bo często rozpadał się w rękach. Też się przyznaję. Też czytywałem Kapitana Żbika. Wypadało nawet czytać. Leszek Ostachowski: o ile dziewczynki bawią się lalkami, to potem przerzucają na cud samochodziki z dodatkami, a chłopcy z samochodzików na laleczki z cud dodatkami. Coś w tym jest. Też Leszek Ostachowski: jak to leciało? Ach, z wiekiem wcale nie doroślejemy, a wręcz odwrotnie.
Tylko lepszych zabawek nam trzeba. Owszem, zmieniają się priorytety. Trochę nie po kolei, niechronologicznie to czytam. Mysterious Stranger: szkoda, że w Polsce komiks nigdy nie doczekał się takiego szacunku, jakim był obdarzony w zachodniej Europie, gdzie dojrzali ludzie potrafili trzymać ulubione albumy oprawione w skórę obok książek. Tak, to jest prawda. Chociaż, jak dowiedziałem się, że "Zbrodnię i karę" wydano również w wersji komiksowej, to zastanawiałem się przez chwilę, czy to ma sens. Ale ponieważ nie znam, więc nie oceniam. Tak mnie po prostu naszło. Człowiek jakiś pisze: panowie, czy poświęcicie któryś odcinek pisarzowi SF Philipowi Dickowi? Owszem, poświęcimy.
[01:15:51] - A nie było jeszcze nic Dicka?
[01:15:53] - Dicka dosyć często wspominamy. Nawet się zastanawiałem, czy go w miarę szybko nie wprowadzić. Natomiast od razu powiem, że trzy następne audycje są już zaklepane. Ale dobrze, że taki głos pada. Philip Dick, postać zacna. Ja najchętniej omówiłbym "Człowieka z Wysokiego Zamku", ale nie będę się upierał. Czekam na propozycje. Jeśli macie państwo takowe, to chętnie te propozycje poznam. To w ogóle ciekawy pisarz, chociaż jak mu niektórzy, a nawet nie tylko niektórzy, wariactwo i schizofrenię zarzucają, to trudno z tym polemizować.
[01:16:37] - On ma dobrą schizofrenię.
[01:16:40] - Właśnie. Może właśnie dzięki temu mamy takie dzieła, jakie mamy. Więc tu jak najbardziej. Wróćmy do samochodzika. Tak, już niedobrze ze mną.
[01:16:53] - Trudno powiedzieć. Pamiętam, jak jakiś internetowy psycholog analizował przykład Bobby'ego Fischera, to mówił, że owszem, on miał obsesję na punkcie szachu, ale z drugiej strony szachy jednak były czymś, co jego obsesję kanalizowało i przez to pozwalały jednak tą świadomość, skupienie utrzymać. Więc być może.
[01:17:08] - Myślę, że ewidentnie Philip Dick, pisanie w jego wykonaniu, a właściwie pisanie było dla niego elementem terapeutycznym w jego przypadku.
[01:17:20] - Pomagał. Jednak jakoś trzeba skupić świadomość, żeby ten tekst składać.
[01:17:23] - To ewidentnie, ale dzięki temu dostajemy światy, które tak jak w "Trzech stygmatach" Palmera Eldricha po prostu się rozpadają w pewnym momencie lektury. Mamy, tak jak w "Podróży przez ciemne zwierciadło", nieprawdopodobną wręcz sytuację. I tak dalej. Mamy tego policjanta. Wyleciał mi tytuł z głowy, więc wybaczcie państwo.
[01:17:48] - "Płyncie łzy moje".
[01:17:48] - "Płyncie łzy moje." Tak, dokładnie. Tych tytułów jest zresztą masa, bo właściwie w Polsce wydano chyba wszystko, co Dickowi spod pióra kapnęło. I rzeczy super, i te trochę słabsze, ale może i dobrze. Czekamy w takim razie na propozycje. Wracamy do Tytusa, Romka i Atomka. Wiktorze, ty tak milczysz w dzisiejszej audycji. Ja rozumiem, że z pewną fascynacją wsłuchujesz się w nasze fascynacje. Natomiast jakbyś tak przymówił, to nie byłoby źle.
[01:18:21] - Mi ciężko zabierać. Żałuję, że się przed audycją nie przygotowałem, bo właściwie człowiek z wiekiem dziecinnieje, więc ja powinienem chyba wrócić, sięgnąć po "Romka, Tomka i Atomka" i zacząć sobie czytać. I chyba z tego, co mówicie, to byłbym zachwycony zupełnie lekturą. Będę ci trzymał, Marku, za słowo. Dostarcz mi po prostu to danie, bo-
[01:18:49] - Nie ma sprawy.
[01:18:49] - Chyba jest czas najwyższy.
[01:18:51] - Masa reedycji, bo i właśnie w Tostach wychodzą, ale też całość chyba można tam poniżej stu złotych dostać te 25 książek. Nie całość, bo jest 31, a 25 mam. Właśnie do tego rzeczonego małżeństwa wszystko można tam za jakieś 80 złotych sobie zamówić. Także to są jak najbardziej rzeczy dostępne.
[01:19:09] - Panowie, ale tu w pewnym momencie na czacie była mowa o "Kapitanie Żbiku", była mowa też o innych komiksach. Ja myślę, że teraz jest dobry czas po tych wpisach naszych słuchaczy, żebyśmy się odwołali do felietonu Tomka.
[01:19:30] - O trudnych relacjach autora z dziełem. No i stało się, proszę państwa, namówili mnie. Będziemy przerywać fons a fonsem. Jestem gościem w audycji, a jednocześnie będę do państwa mówić z przerywnika. Cóż poradzić? Marek tak wymyślił. Nie chciało mi się opierać. O czym wobec tego mam mówić, skoro to, co mam do powiedzenia na temat Tytusa, na temat Jerzego Chmielewskiego, jak przypuszczam, wygłoszę W dialogu z prowadzącymi podczas audycji, a tutaj jako przerywnik powinienem państwu powiedzieć zapewne coś innego. Sugestia Marka była taka, aby mówić ogólnie o komiksach. Tylko co ja, na Boga, mogę państwu powiedzieć ogólnie o komiksach?
Ja wiem tyle, że gdzieś tam w latach 90. było takie wydawnictwo w Polsce TM-Semic i ono wydawało te popularne komiksy amerykańskie. Komiksy Marvel Comics i komiksy DC Comics, tytanów amerykańskiego rynku komiksowego. Jeżeli natomiast chodzi o komiks ambitny, mądry, artystyczny, to ja wiem, że on jest. Czytałem kiedyś Szlinka. Wiem, że są jakieś Thorgale, ale szczerze mówiąc niewiele mam na ten temat do powiedzenia. Zazwyczaj interesowałem się raczej komiksem jako tą twórczością rozrywkową, prymitywną i stopniowo z niej po prostu wyrosłem. Natomiast gdzieś tam na fali zainteresowania teraz Tytusem i przygotowywania się do dzisiejszego spotkania przypomniałem sobie o... Bo ja się fakt faktem trochę na Tytusach wychowałem. Może nie tych pierwszych.
To się gdzieś tam zaczynało od dziesiątego numeru. Pewnie już o tym powiedziałem, ale tutaj powtórzę. I gdzieś tam chyba obok Tytusów, jako jedne z pierwszych lektur moich z czasów dzieciństwa, czy też czytanych mi jeszcze przez matkę, pojawia się seria historii, które gdzieś tam mi majaczyły, że coś takiego było, ale kompletnie nie kojarzyłem ich autora. I historie te związane były z trochę surrealistycznym miejscem pod tytułem Wyspa Umpli-Tumpli. Co ciekawe, jak już trochę się doguglałem, kto to właściwie pisał, niejaki Mirosław Stecewicz. Tę serię, jak to już zweryfikowałem, nawet udało mi się okazyjnie parę takich książeczek sprowadzić na szybko przez Allegro. I jak się teraz zorientowałem, to była seria takich trochę wierszyków, potem opowiadań, z tych opowiadań również scenariusze komiksowe autor tworzył, a więc również w ten komiks wchodzimy. Natrafiłem również na dosyć świeży wywiad z synem pana Stecevicza, który to o dziele ojca opowiadał. I co ciekawe, tych książek właściwie nie ma. Ja przez Allegro zdobyłem, ale to wydania z lat 90.
i nawet 80. jeszcze ubiegłego wieku, a później nie ma, mimo że w zasadzie myślę, że nie są one gorsze od Tytusa. Nawet ten poziom artystyczny, czy to w komiksach myślę, że był większy, że jednak ten Stecewicz szedł trochę w stronę jakiegoś surrealizmu, takiego artystycznego właśnie, myślę, bardziej twórczego. A co myślę o Chmielewskim, to pewnie już państwu powiedziałem. Natomiast jakoś się nie przyjął. I podczas tego wywiadu właśnie z synem, syn autora wspomina, że ojciec właściwie miał propozycję, żeby te rzeczy wydawać, jakoś opracowywać ponownie i nie był zainteresowany. Chyba nie był jakoś przesadnie do tego dzieła nastawiony. Nie wiem, ojcowsko nie czuł się z nim bardzo zżyty. Może nie chciał, żeby to ponownie wychodziło, a może po prostu nie wierzył w obecny rynek wydawniczy. Fakt faktem, że jestem w stanie zrozumieć, że autor, który miał te nakłady PRL-owskie, to potem mógł się w nowej Rzeczpospolitej czuć jakoś obrażony w ogóle na rynek wydawniczy i na literaturę, więc nie dziwię się, że ten stosunek jakiś taki emocjonalny mógł być.
Z drugiej strony Stecewicz podobno, znaczy nie podobno, wydał gdzieś na przełomie wieku jakąś książkę pod tytułem „Inżynieria twórczego myślenia”. Co to takiego mogło być? Nie wiem. Tej książki się już za bardzo na Allegro dostać nie udało. Wszelkie wydania zniknęły. To jedno wydanie, co było, zniknęło. Natomiast mogę podejrzewać, już przez szacunek, sympatię do naszej poprzedniej audycji i tematu, to już nie będę tutaj analizował, co to takiego mogło być i jak bardzo to jest sensowne. W każdym razie się nie sprzedało. Ciekawe, czy gdyby pan Stecewicz kreował się nieco bardziej artystycznie, podobnie właśnie jak Chmielewski na przykład, gdyby trochę bardziej swą osobowością funkcjonował, gdyby też jakoś przełamał się, tak jak Chmielewski. W końcu Chmielewski też nie był wielkim miłośnikiem Tytusa.
Traktował to troszeczkę jako sposób zarobkowania i miał, zdaje się, pomysły na dużo bardziej artystyczną działalność, na którą nie miał chyba odbiorców czy czasu. Tak że Chmielewski się przełamał. Stecewicz jakoś nie chciał tych Umpli-Tumplów promować. Nie miał większej siły przebicia. Może troszeczkę za bardzo to zdywersyfikował, bo mówię, były i wierszyki, opowiadania, też te komiksy, które były tylko ułamkiem jego twórczości. Może przez to. W każdym razie on się nie przyjął. I to jest pytanie, proszę państwa, jak autor powinien podchodzić do takich dzieł. Dzieł, których może nawet nie kocha ponad wszystko, które z racji czasu, z racji okazji wymyślił, trochę na nich zarobił. I na ile autor powinien podążać jednak za tym, czego czytelnicy chcą?
Czy faktycznie warto tworzyć jeszcze inne nowe koncepcje, jeżeli nie ma zainteresowania? Na ile jednak może lepiej trzymać się tych pomysłów, które się sprzedawały? Wiecie państwo, trudno powiedzieć. Ja jestem jednak zwolennikiem rynku komercyjnego, że jeżeli coś się nie sprzedaje, coś nie ma odbiorców, to być może nie jest jakoś przesadnie potrzebne. A jeżeli czymś ludzie są zainteresowani, to dlaczegóż im tego nie dać? Chociażby po to, żebym ja mógł sobie dzisiaj te Umple-Tumple kupić w nowszym wydaniu, a nie starych, pobibliotecznych książek z lat 90., które na dodatek wywołują u mnie jednak pewną alergię na skutek kontaktu z wieloletnim kurzem. Ale co zrobić? Trzeba się przemęczyć. Inną postacią takiego komiksowego autora, który... Nie wiadomo, jak to do końca było, ale mam tu na myśli oczywiście legendę amerykańskiego komiksu, popularnego, marvelowskiego, czyli pana znanego, też niedawno zmarłego, znanego jako Stan Lee.
I tutaj znowu krąży taka właśnie legenda, bo zdaje się, że Stan Lee tego sam nie robił. Tam jeszcze jakiś chyba Ditko. Więc legenda w przypadku Stana Lee jest taka, że on właśnie jakoś, już nie mając perspektyw dalszego zarobku, zdaje się, rysował jakieś komiksy, które się za bardzo nie sprzedawały. I podobno już nie mając wiele do stracenia, wiedząc, że pewnie i tak pracę straci, wydał jakoś trochę chyba wbrew wydawcy komiks po swojemu i to Podobno był ten słynny Spider-Man, gdzie pojawił się wizerunek bohatera uczłowieczonego. O ironio, bo na tym polegał sukces Spider-Mana, że bohatera wcześniej archetypicznego, wyidealizowanego, uproszczonego, nagle uczłowieczono, skonfrontowano z życiem codziennym, z przyziemnymi problemami. Ale dzieła się nie wstydził. Na Zachodzie ten sukces komercyjny jest troszeczkę wyżej ceniony niż u nas, a też bardziej możliwy zapewne na wyższe kwoty opiewający. Osiągnął sukces. Takie trzy życiorysy ludzi w podobnym wieku, w podobnych rocznikach. Śmielewski 1923, Stecewicz 1930, zmarł 2017, a Stan Lee 1922, zmarł 2018.
Trzy różne postaci, trzy różne życiorysy, chociaż sztuka, przynajmniej w obszarze komiksowym, na swój sposób podobna.
[01:27:03] - W międzyczasie na czacie o.35 pisze o komiksie w ogóle: „Skoro mówimy o komiksach, to trzeba wspomnieć o magazynie Alpha oraz Relaksie. To były naprawdę genialne magazyny komiksowe, które zmieniły postrzeganie komiksu w naszym kraju”. W obu wypadkach racja, tylko Alpha te pierwsze kilka, dwa, trzy zeszyty były dosyć toporne. To się później rozwinęło. Takie są przynajmniej moje wspomnienia. A Relaks to się zgadzam. Podobno teraz ma być wznowiony Relaks, na co się cieszę. To były rzeczywiście historie hoho. Tam zdaje się, Wiktorze, twój przyjaciel Wróblewski również sporo rysował dla Relaksu. A o.35 pisze dalej: „Przecież każdy wie, że czytający kapitana Żbika ma pasję.” Kator.42: „Postrzeganie komiksu na Zachodzie zmienił Alan Moore Watchmenami.
Wtedy ludzie otworzyli oczy, widząc, że komiks może być czymś więcej niż rozrywką dla dzieci.” Artys, pozdrawiam serdecznie. Mysterious Stranger: „Stworzenie i wydanie Zbrodni i kary w formie komiksu to zbrodnia, za którą należy się kara. Chyba że to komiks pod tytułem Zbrodnia i kara opowiada historię syna Dedala. Haha.” Kator.42: „Czytało się go jak dobre sci-fi, bo przedtem nikt w kosmosie nie połączył superbohaterów historii alternatywnych, kryminału noir, powieści apokaliptycznej i innych wesołych rzeczy. Nie wiem, czy Kator dokładnie pisze o Tytusie. Jeśli tak, to dokładnie wyczuł, co chcę powiedzieć.” Otóż chciałem rzucić taką, wydawało mi się, że to będzie dyskusyjna teza, ale okazuje się, że Kator mnie wyczuł, bo chciałem powiedzieć to, co już sygnalizowałem na początku audycji, że ja w pełni siebie rozumiem, że jako człowiek zafascynowany fantastyką tak często do Tytusa się odwoływałem. Zwróćcie uwagę, nieliczne księgi nie nawiązują do szeroko pojętej fantastyki. Już pomijam ten aparacik do podróżowania w czasie, ale te odrzutki. Pamiętacie tam, gdzie on zdaje poprawkę, to było coś takiego jak odrzutki przyczepiane do nóg i oni za pomocą tego latali. Ale nie wiem, czy pamiętacie, nie pamiętam, która to była księga, tu Tomek będzie lepszy, gdzie oni trafiają na bezludną wyspę i żeby się z tej wyspy wyrwać, to oni muszą przejść kolejne epoki historyczne, żeby tam wreszcie stworzyć coś, dzięki czemu z tej wyspy się wydobędą.
[01:29:56] - To będzie ochrona przyrody.
[01:29:59] - Być może.
[01:30:00] - Z tym wężem i jadem.
[01:30:02] - Być może. Natomiast chodzi o to, że to oczywiście po przerobieniu, bardziej obrobieniu i uczynieniu tego bardziej poważnym, to gdzieś bardzo mocno do fantastyki naukowej nawiązuje. Nie potrafię podać prosto sformułowanej tezy, ale bardziej to czuję, niż jestem w stanie to wyrazić, że to bardzo blisko fantastyki naukowej stoi. Co wy na to? Muszę wyznaczyć. Wiktorze, to ty.
[01:30:41] - Zdecydowanie zgadzam się i tutaj niewiele trzeba mówić. Fantastyka zawsze była w dobrej literaturze i w komiksie, i u Tomka, Romka i Arturka po prostu musiała być. Jeśli się chce opisywać naszą rzeczywistość, to trudno się bez fantastyki nie obejść. Marku, to jest teza bardzo prosta, jasna i oczywista, że współczesna literatura, o czym żeśmy mówili, i filmy właściwie rękami sięgają, trzymają się tej fantastyki, bo właściwie nie ma już żadnego chyba filmu, o którym można by powiedzieć, że według naszego oglądu tych elementów fantastyczności nie ma. Tak po prostu chyba zawsze było. Ten realizm obszedł zapomnienie dwudziestowieczne i wszystko jest tak, jak było w starożytnej Grecji i w starożytnym Rzymie, czyli my żyjemy, my łupiemy, my kujemy miecze, ale bogowie chodzą po ulicach. Tak było i tak dzisiaj jest.
[01:32:11] - Wichu, to jedyny minus wznowienia. Mówimy o Relaksie, że kosztuje prawie sześć dych. Ten nowy "Relaks". I ta cena jest rzeczywiście zabójcza. I o 35. Ja to chciałbym, aby kiedyś wznowiono wszystkie 31 numerów "Relaksu", tak jak się to robi teraz z "Kapitanem Żbikiem". To jest niezła idea. Ale rzeczywiście wróćmy do tej tezy, którą postawiłem, do tej fantastyki. Bo o ile Wiktora usiłowałem pociągnąć za język, Tomku, a jak ty się do tego odnosisz? Ja wiem, że ty nie lubisz takich pokrętnych teorii w moim wykonaniu, ale jednak.
[01:32:49] - Bez przesady, że nie lubię. To zależy, jak rozumiemy fantastykę naukową. To jest taka fantazja okołonaukowa, tak bym to zdefiniował. Bo tutaj twardego SF nie ma. Chmielewski nie jest naukowcem.
[01:33:00] - Nie, ale mnie chodzi jeszcze o coś innego. Bo rzeczywiście twardego SF nie ma, ale mnie bardziej fascynuje to, że właściwie w "Tytusach" Chmielewski obstrzelał wszystkie główne tematy, którymi zajmuje się fantastyka naukowa. Takie odnoszę wrażenie i to jest dla mnie niezwykle ciekawe, zastanawiające.
[01:33:26] - Być może czytał, być może się znowu inspirował. A właśnie, jeszcze trochę, Marek, à propos inspiracji. Ja nie mówię, że on zrzynał z Disneya. Ja mówię, że mógł mieć świadomość, że Disney na pewno, nie tylko Disney, tylko masa być może mniej znanych serii, które powstawały wcześniej i w taki czy inny sposób jakoś tworzyły tę materię, przestrzeń komiksową tego okresu i także twórczość Chmielewskiego. To miałem na myśli. W żadnym razie nie sugerowałem, że to było jakoś kopiowane czy zrzynane. Wręcz przeciwnie, raczej w naturalny sposób każdy kolejny etap kultury wynika z poprzedniego. To miałem na myśli mówiąc o Disneyu. À propos inspiracji, o której teraz mówimy. I w podobny sposób myślę, że lektury Chmielewskiego, które przecież wówczas mógł mieć tego rodzaju zapewne, też jakoś tam inspirowały i wpływały na to, co tworzył.
To chyba oczywiste.
[01:34:16] - To jest, myślę, fajny ślad. Leszek Ostachowski na czacie: "Treść życia to pierdoły, a piękne są tylko momenty, które z perspektywy wydają się szczytami tej pierdoły." Do przemyślenia. Rzeczywiście. Natomiast wracając do "Tytusa, Romka i Atomka". Ja sobie zdaję sprawę, że słuchacze dzisiejszej audycji mogą odnieść takie wrażenie, słusznie zresztą, że przynajmniej ja jestem człowiekiem jakoś emocjonalnie z tą serią związanym. Jestem, proszę państwa. Za każdym razem, kiedy mówimy o "Tytusie, Romku i Atomku", to jest dla mnie taka podróż do dzieciństwa. Do lat szczęśliwych, do lat beztroskich. I myślę, że czasami, czy to będzie "Tytus, Romek i A'Tomek", czy to będzie inny rodzaj literatury, to jest ten wehikuł czasu, którym się człowiek posługuje. Wspomnienia to oczywiście nie musi być literatura, ale literatura jest prostym takim wehikułem czasu.
Co więcej, to być może jest moje obciążenie. Ja po prostu nie wiem, dlaczego. To być może jest też jakiś element obsesji, która mnie dręczy. Ja sporo książek pamiętam. Książek czy też komiksów pamiętam. Czasami mniej pamiętam ich treść, a bardziej pamiętam sytuację, w której tę książkę dostałem, kupiłem, zdobyłem, ukradłem. Przyznaję się, bo uległo przedawnieniu. Byłem regularnym łupicielem kilku szkolnych i kilku publicznych bibliotek. Łupiłem książki. Kto mi coś mógł zrobić?
Płaciłem za nie, się rozliczałem, ale książek nie było. Były u mnie na półce oczywiście. Więc w rozmaity sposób te książki zdobywałem. I właściwie u mnie spora część historii, czy to związanych z "Tytusem", czy z różnymi tytułami i fantastycznonaukowymi, i różnymi innymi, ma swoją dodatkową historię. Historię właśnie, w jaki sposób ja na tę książkę trafiłem, natrafiłem czy jakkolwiek to sformułujemy. Ja staram się w tej chwili przekazać tę tezę, która już padła, że czy to "Tytus", czy jakaś inna książka, to jest rodzaj wehikułu, który przenosi nas w czasie. Szczególnie lubimy podróżować do tych czasów, które były szczęśliwe. A chyba przynajmniej w naszym wypadku te lata dziecinne to rzeczywiście były lata szczęśliwe i beztroskie. Tak sobie na poczekaniu tezę ukułem. A co?
A dlaczego nie? Panowie.
[01:37:09] - Cóż powiedzieć?
[01:37:11] - Oczekiwałem, że jakiś entuzjazm wykażecie. Powiecie: "Tak, masz rację, tego nam brakowało." A tu nic. Po prostu się poczułem w jakiś sposób zlekceważony, więc zerkam na czat. PW: "Rzeczywiście ta pani posiada niezwykłą determinację. Ona stalkuje co tydzień." O35: "Co do twardego SF-u. Kiedyś czytałem recenzję pewnej książki SF, gdzie recenzent stwierdził, iż należy ona na pewno do twardego SF, gdyż książka ma twarde okładki." To okrutny był ten recenzent. PW: "W ABW też. To jeszcze o wydmuszce intelektualnej." Okej, zostawiamy sprawę na boku. Nie, panowie, dobrze, nie było krzyków zachwytu, ale chciałbym jednak z was jakoś wycisnąć, bo jakoś tak czuję w sobie ten entuzjazm. Tomek jest jak zwykle zdystansowany do "Tytusa", Wiktor milczy i się rozmarza.
Ileż to jeszcze ciekawej lektury, bo pewno się zatrzymał na kilku tomach i już się cieszy, ile tomów "Tytusa" jeszcze przeczyta. Się czuję jakiś taki osamotniony intelektualnie, a w każdym razie emocjonalnie. Bardziej emocjonalnie.
[01:38:30] - Myślę, że to dzieło wybitne nie jest. Ono się rozwijało. Ono i graficznie, i powiedzmy scenariuszowo ewoluowało. Myślę, że faktycznie. Każdy jakby najlepiej wspomina to, na czym się wychował, czyli ty początek, ja gdzieś te księgi między 10 a 20. Więc to pewnie też trochę takie uwarunkowanie tego, co tam-
[01:38:47] - Zwracam na nie uwagę, bo czy tego chcemy, czy nie, to dostajecie państwo, mówię o słuchaczach, pewien ślad, pewien trop. Kiedy my się przed wami odsłaniamy, Tomek, ja, Wiktor. To jest pewien ślad, na podstawie którego można jakąś analizę psychologiczną przeprowadzić. Tomek zwraca uwagę w tej chwili, chociaż mu przerywam oczywiście, na ciekawy aspekt tego, o czym mówimy. Oddaję ci, Tomku, głos i przepraszam.
[01:39:19] - Nie, to co powiedziałem. To nie jest dzieło wybitne. Ono jakoś tam wolnowało. Potem z czasem już się pewnie też trochę autor męczył i starzał i to też gdzieś pod koniec widać. Ma swój urok. Można to lubić, można tego nie lubić. Myślę, że dużo lepszych rzeczy powstawało. Na pewno jest to raczej komiks, który pije dobrze. Nie wiem, czy akurat dokładnie do Dystopiana, ale do tego komiks źródłowego pojęcia spraw komiks, czyli do czegoś, co ma być komiczne, co ma być żartobliwe, co być może mogłoby funkcjonować jako krótsze paski, ale potem te paski się rozwijały w dłuższe historie. Chociaż ten humor też taki nieoczywisty, nie zawsze taki wprost śmieszny, ale ma to swoje.
Swoją drogą jest to na tyle balansuje pomiędzy tym śmiesznym komiksem, a jakimś poważniejszym komiksem, że tworzy być może właśnie przestrzeń, która przez to niewpisywanie się w oczywiste schematy ma jakąś wartość kulturową ponad. Może to faktycznie. To zgrabne balansowanie pomiędzy takimi standardami komiksowymi jest tutaj ciekawym zjawiskiem.
[01:40:21] - Tak jak powiedziałem przepraszam. Tak jak powiedziałem, to balansowanie balansowaniem, humor humorem, ale tak jak mówiłem, ja chyba dzisiaj też już tego humoru do końca nie ogarniam. Ja tylko pamiętam, jak się potrafiłem zaśmiewać przy książeczkach o Tytusie, Romku i A'tomku. Ale to było kilkadziesiąt lat temu. To ciekawa zabawa z czasem. Dzisiaj coś takiego mnie tknęło, że dla mnie „Tytus, Romek i A'tomek” to, tak jak już powiedziałem, jest podróż w przeszłość, ale też uświadomienie sobie tego starego problemu. Oczywiście musi paść słowo filozoficznego. Problemu filozoficznego polegającego na tym, czy pomimo, że czujemy się tą samą osobą, czy tą samą osobą jesteśmy. Właśnie chyba nie jesteśmy. 40, 50 lat temu bawiło nas co innego.
Inny był świat, inne były fascynacje. Ale to chyba my byliśmy. Czy może jednak nie do końca my? Problem filozoficzny ma to do siebie, że czasami jest poważny, a czasami człowiek staje przed nim i wzrusza ramionami, mówi: „Tak, ale właściwie, człowieku, nad czym się zastanawiasz?”. Oczywiste jest, że człowiek, przebywając kolejne etapy w swoim życiu, owszem, odnotowuje, jak one wyglądały, ale traci z nimi łączność. Taką intelektualną łączność. Zostaje łączność sentymentalna. I chyba o takiej łączności w moim przypadku możemy mówić. Nie wiem, czy ja dzisiaj intelektualnie jestem powiązany z tą twórczością. Pewnie nie, ale z tego czatu, który ja tutaj co jakiś czas cytuję i z wielu naszych wypowiedzi wynika, że coś takiego jak sentyment do młodości, do tego, co czytaliśmy w dzieciństwie, nawet ten list, który czytałem na początku audycji, to są wszystko dowody, że nawet kiedy mamy świadomość, że jakiś serial bardzo się zestarzał, niech będzie już ten przytaczany przez autora, czyli to, gdzie Seven zak Seven występował, to my sobie już zdajemy sprawę, że na przykład „He-Man” to straszna chała, ale myśmy go oglądali w czasach, kiedy to było piękne i wspaniałe.
Zwracam uwagę na ten bardzo nieoczywisty, a jednocześnie związany z taką oceną indywidualną.
[01:43:11] - A kiedy ty „He-Mana” oglądałeś?
[01:43:14] - „He-Mana” na początku lat 80.
[01:43:16] - Tak? I to jeszcze dla ciebie było wtedy wartościowe?
[01:43:19] - Znaczy wartościowe nie. Było zajebiste, bo w ogóle takich rzeczy nie było w Polsce. Dlatego-
[01:43:24] - To animowany „He-Man” był czy to-
[01:43:26] - Animowany. Ja wtedy-
[01:43:29] - Czy to powstało tylko po to, żeby promować serię zabawek?
[01:43:32] - Skąd ja miałem wtedy to wiedzieć? Dzisiaj w ogóle to jest, jak patrzę na to, to mi się tego oglądać nie chce. Ale ja wtedy jako już późny nastolatek, bo zwracam uwagę, że już byłem późnym nastolatkiem, to mi się wydawało, ponieważ w ogóle fantasy czy czegoś podobnego do fantasy w Polsce nie było, to ja jako późny nastolatek wchodzący właściwie prawie w dorosłość, mówiłem: „Zajebiste”. Przecież to nie jest zajebiste, ale gdzieś w mojej głowie zostało, że zwracam uwagę po prostu dzisiaj, w tej chwili na to, że nasze odczucia są bardzo subiektywne. Bardzo często trudno jest nam oddzielić. I namawiam do tego naszych słuchaczy, siebie samego też oczywiście, żeby oddzielać sentyment do naszych młodzieńczych lektur od ich rzeczywistego odbioru. Dzisiaj wiemy więcej, doświadczyliśmy więcej i stąd czasami filmy, które 30, 40 lat temu nas fascynowały. Mówię rzecz oczywistą, ale powiem ją. Fascynowały nas, wydawały się super. Dzisiaj chała jest po prostu na potęgę posępnego czerepu i ten miecz, te błyskawice i tak dalej.
Chała kompletna.
[01:44:50] - Aż z tym dodatkiem. Tam jest taka seria „Toys That Made Us”. Tam o „He-Manie” jest też odcinek właśnie.
[01:44:56] - Zabawki, które nas uczyniły czy stworzyły.
[01:44:59] - O właśnie! To jest ciekawy ślad.
[01:45:04] - Z pomysłu na zabawkę i na pewnym etapie się dopiero ta kreskówka pojawia.
[01:45:09] - Okej, ale zwraca uwagę sam tytuł „Te zabawki, które nas uczyniły". Podobnie jest z „Tytusem, Romkiem i A'Tomkiem". Ja czuję tak wewnętrznie po naszej dzisiejszej rozmowie, wcześniej też to czułem, że bez względu na to, jak ja dzisiaj oceniam „Tytusa, Romka i A'Tomka", czy ja się nim fascynuję, czy nie i czy w ogóle to mi odpowiada humor, czy mi nie odpowiada. Niemniej jednak lektura tych książeczek Papcia Chmiela mnie uczyniła w jakimś tam stopniu, w jakiejś tam części. Nie zapominajmy o tym, bo my tak łatwo przechodzimy ze skrajności w skrajność, kiedy mówimy: coś jest dobre, coś jest złe. Tamto to było gówno, a to jest wspaniałe. Nie zapominajmy, że jednak nasze korzenie tkwią, niektórych bardzo daleko, a niektórych tylko daleko. Pamiętajmy o tym. Wiem, truję, ale pamiętajmy. Wiktorze, ty o pamięci możesz powiedzieć więcej ode mnie, więc mów.
[01:46:13] - Mogę, bo obserwuję i ten problem, który tu w tej chwili się w audycji dopiero pojawił, czyli kwestia sentymentalizmu. To jest taka dyskusyjna, bo dobrze jak on jest, ale czy zawsze? Ja mogę powiedzieć, obserwując moich przyjaciół, w jakiś sposób sentymentalizm, ta piękna rzecz, bo sentymentalność jest naprawdę bardzo sympatycznym zjawiskiem, jak czasami totalnie zaciemnia jasny ogrom rzeczywistości. Otóż ja tego nie mam i nigdy nie miałem. Natomiast większość moich przyjaciół, ja mówię o mężczyznach, straszliwie sentymentalnie traktuje swoje pierwsze miłości. I to może się odnosić również do „Tomka, Romka i A'Tomka" w wypadku Marka Żelazowskiego. Otóż większość moich przyjaciół tak idealizuje te pierwsze miłości, że właściwie jest ślepa i głupia na starość. Po prostu w ogóle nie wie, na jakim świecie żyje, bo idealizując te pierwsze miłości, nic nie pamięta. A ja je również znałem i mogę powiedzieć to, co Marek tak ładnie mówił: chała totalna. Totalna chała była, ale dla nich to było coś najpiękniejszego, bo się na tym wychowali.
Kiepsko się wychowali, bo że tak powiem, żyjąc mitami młodości, żyjąc mitami czasu minionego, nie dostrzegają na przykład ogromnych walorów swoich aktualnych żon, nie dostrzegają walorów tego, co aktualnie się tworzy, tylko wzdychają do The Beatles, do czegoś takiego, co było, minęło i kiedyś było cudowne. Sentymentalizm należy traktować z umiarem.
[01:48:26] - Tak się niestety zdarza. Zastanawiam się, czy powinienem tego życzyć wszystkim takim, którzy się odwołują do tych sentymentalizmów tej natury, o której ty mówiłeś, czyli takich męsko-kobiecych. Bo dzień prawdy przychodzi, kiedy spotyka się po latach 40 albo więcej swoją sympatię z podstawówki. Człowiek wtedy doznaje wstrząsu. Nie jest to wstrząs intelektualny, zaręczam państwu. To tak tytułem żartu.
[01:49:03] - Marek mi kiedyś opowiedział historię, że kiedyś spotkał jakąś koleżankę ze szkoły, ale absolutnie nie poznał, że to była jego absolutnie największa pierwsza miłość.
[01:49:22] - To była sympatia i nie poznałem po prostu na spotkaniu klasowym. To najlepiej oddaje to, o czym powinniśmy pamiętać. Rzut oka na czat. PW, tak? Tomku, proszę.
[01:49:39] - Podobną historię zdaje się miałem na jakimś spotkaniu postudyjnym, że tam jednej koleżanki nie poznałem, ale mocno była tam umalowana. Do takiej też jakąś tam sympatię czułem. Natomiast fakt faktem, że ja się ludźmi nigdy przesadnie nie zachwycałem, szczerze mówiąc, nawet jeżeli do jakiejś istoty ludzkiej odczucia fizyczne miałem, to nadal mogłem sobie zdawać sprawę, że jest głupia i beznadziejna, mimo że uczuć nie wypierałem do tej istoty. U mnie to jakoś nie kolidowało. Miłość nie musiała przejść w parze z zachwytem nad daną osobą.
[01:50:10] - No patrz, miło spotkać racjonalnego człowieka i uświadomić sobie, że jestem zupełnie nieracjonalny i byłem nieracjonalny.
[01:50:17] - Jeszcze dwie myśli mi przyszły do głowy. To też kwestia taka, że ja się też na innych już mediach wychowywałem. W przełomie 80. i 90. już miałem jakiś tam pierwszy komputer, potem grę telewizyjną i myślę, że gdybym miał mówić o miłości, to jednak więcej było w tych bardziej bodźcowych mediach typu właśnie gry komputerowe, takie proste. One jednak bardziej oddziaływały niż literatura czy nawet komiks. Tak mi się wydaje. Więc chyba z większym sentymentem dzisiaj wracam do starych gier niż do starych komiksów czy książek. To jedna sprawa. A też w dyskusji z jednym takim bardzo filozoficznym pedagogiem gdzieś tam w internecie zapamiętałem taką myśl, że zadaniem każdego pokolenia jest reinterpretacja dzieł pokoleń wcześniejszych.
Do roku kulturowego.
[01:51:04] - To ciekawe jest rzeczywiście.
[01:51:06] - I faktycznie coś tak jest, więc pokolenie nowe też ma szansę teraz odkryć Tytusa i zrozumieć go zupełnie inaczej.
[01:51:12] - Na szczęście.
[01:51:13] - Puentując ten wywód, który próbuję tu uskutecznić
[01:51:16] - Proszę państwa, kto ma dostęp do Netflixa, zobaczcie "Kajka i Kokosza". To nie będzie wasz Kajko i Kokosz. Trzeba to zrozumieć. To jest reinterpretacja. Nie chcę świadomości Christa tworząc, czy też przetwarzając Kajka i Kokosza w "Kajko i Kokosz" prawdopodobnie miał w świadomości sceny Asterixa i Obelixa. I nie można się go o to czepiać. On też reinterpretował dorobek wcześniejszych pokoleń. Tak to się działo przez jeszcze kilka lat co najmniej.
[01:51:44] - A później twórców serialu na plasterki. Jak zbójcerze. Rzut oka na czat. PW: Panie Marku, każdy czytający książki ma ten sam grzech na sumieniu. Leszek Ostachowski. Oj, co ja się nasłuchałem, że tata kradł książki od mamy. PW: Ulżyło mi. PW: Myślałem, że to tylko ja taki zły. Cały czas mowa o tym procederze złodziejskim. O35: Klątwa pewnego papieża rzucona na tych, co nie zwracają pożyczonych książek, chyba do tej pory nie została zdjęta.
To już wiecie państwo, jaki mam status w tej chwili. O35: A ja się zgadzam. Tytus przypomina beztroskie czasy dzieciństwa. Ja pamiętam taką rzecz. Szukam do końca. Kiedyś odkryliśmy z kumplami, iż w sklepie sprzedającym materiały na ubrania zakupione materiały były pakowane w błędodruk komiksu „Szarloty Pawel” o Kleksie. Więc chodziliśmy do tego sklepu całą zgrają, kupując najtańsze materiały, których nikt nie kupował i w ten sposób po tygodniu skompletowaliśmy jeden egzemplarz komiksu, który nie był do dostania w sklepie. Genialne! To jest historia, którą należy zapamiętać. Jeszcze Leszek Ostachowski.
Papcio miał syna.
[01:53:15] - Marku, też to pamiętam. Też pamiętam ten papier pakunkowy, w który się pakowało schabowe u rzeźnika normalnie, gdzie były nieudane stopki jakiegoś komiksu. Też to pamiętam.
[01:53:35] - Leszek Ostachowski. Papcio miał syna w NASA. Chyba w dalszym ciągu ma. On w NASA w dalszym ciągu jest. Trochu dla nas szpiegował? Nie wiem, czy szpiegował, ale trochę tam to NASA rozruszał. Mów, Tomku.
[01:53:53] - To też przed zabawną historia, że facet jakoś tam już brał udział w podboju kosmosu, a główna informacja o jego nodze w Wikipedii to taka, że jego ojciec rysował Tytusa.
[01:54:06] - Leszek Ostachowski. Przecież te wszystkie podboje obcych planet i światów są takimi technicznymi komiksami. Kiedyś każdy chłopiec udawał z rozciągniętymi ramionami samoloty. Nam dane były rakiety. O35: Jednego gatunku komiksu nie potrafię strawić, a mianowicie japońskiej mangi. Chociaż filmy animowane na podstawie mangi, co niektóre potrafią mi się podobać. Dalej O35. Powiem jeszcze tak: mam ogromny sentyment do filmów o Godzilli, ponieważ były to pierwsze filmy SF, które obejrzałem w kinie. Komuna filmów z Godzillą w kinie widzom nie żałowała. Zgadzam się.
Też je oglądałem namiętnie. Chodziłem na wszystko. Więc z niecierpliwością czekam na kolejny film „Godzilla versus King Kong”. Zgadza się. Bardzo celnie O35 to podsumował. Czy państwo próbowali kiedyś oglądać filmy o Godzilli? Nie ma do nich łatwego dostępu. Na YouTubie można znaleźć fragmenty. Jak ja to oglądam, to się zastanawiam, czy te pieniądze rodziców, które wydawałem, ale to spore sumy, bo ja często chodziłem do kina, tych filmów było sporo. Te pieniądze, które wydawałem na te potwory z Japonii.
Czy były tego warte? Dzisiaj sobie mówię: nie, nie były. Ale z drugiej strony ten chłopak w latach 70., który te Godzille kontra Gigan, kontra Mecha Godzilla, kontra jakiś inny potwór. To mnie ukształtowało. Nie wiem, czy to jest dobry sposób kształtowania, czy przypadkowo kretyna ze mnie nie zrobiło. Niemniej jednak muszę się do tego przyznać. Też chodziłem na to i mnie to fascynowało. Co do mangi, powiem tak: ja też tego nie lubię, bo nie rozumiem. Nie do końca mnie to porywa. Natomiast miałem okazję obserwować na kilku konwentach SF stopień zafascynowania młodych ludzi mangą.
Ustawiały się kolejki. Nie wiem, jak to opisać. Za komuny to tak, jak rzucili „Balleron”, to takie kolejki się ustawiały. Takie kolejki ustawiały się, kiedy konwenty się odbywały. Bo wiadomo, pandemia od roku wszystko skasowała. Takie kolejki jakieś ustawiają do stoisk z mangą. Przy żadnym innym stoisku na konwie SF właściwie takich kolejek nie widać. A zatem dla mnie to jest jasny sygnał. Stary pryku, może ty tego nie rozumiesz, ale to jest coś, o czym za 40 lat, prowadząc taką bądź podobną do tej audycję, a może ona będzie zupełnie inaczej wyglądana. Na pewno będzie inaczej wyglądała technicznie i w ogóle.
Ktoś powie: to mnie ukształtowało. Taki jestem, bo mnie ukształtowało. Zwracam uwagę, o czym już moi przedmówcy mówili. O tej sztafecie pokoleń, o tej reinterpretacji przez kolejne pokolenia. Nie obejdziemy się bez tego. To jest naturalna rzecz, ta reinterpretacja. I nie dziwcie się państwo, że coś, co uważaliście za piękne i wspaniałe, dzisiaj o tym wyrażają się niektórzy z aprobatą. To najlepsze, co może nas spotkać, czasami wręcz z kpiną czy szyderstwem. Tak po prostu jest. Czy to szyderstwo jest zasłużone?
Nie wiem. Czasami nie. Ale pozwólmy na to szyderstwo, bo z tego szyderstwa też się coś zrodzi. Wiem, to bardzo skomplikowana figura, którą w tej chwili usiłuję budować, ale warto o niej pamiętać, bo my czasami mamy taką tendencję. Sam ją mam, dlatego wiem, o czym mówię. Do dzielenia świata na czarny i biały. Białe to jest oczywiście to, co ja lubię i to, co mnie się podoba, a czarne to jest wszystko, wiadomo, to czego nie lubię, nie poważam. To jest, powiedziałbym, bardzo uproszczony obraz świata, o którym często zapominamy, o którym ja sam czasami zapominam, ale na szczęście już chyba doszedłem do tego wieku, że zanim posunę się zbyt daleko, to przychodzi refleksja, że to nie jest tak, że świat dzieli się na czarne i białe, dobre, złe i tak dalej. To tylko pitagorejczycy chcieli wierzyć w to. Bardzo duży skrót myślowy, że ciepłe jest dobre, a zimne jest złe, że prawe jest dobre, a lewe jest złe.
Można sobie tak świat podzielić, tylko chyba nie do końca o to w tym wszystkim chodzi. To moja bardzo ogólna refleksja na ten temat.
[01:59:02] - Słowo do tego anime bym dodał. Dobra, Wiktor.
[01:59:07] - Ale westchnę, że rzeczywiście dobrze jest, jeśli jest coś, co nas kształtuje, ale w danym czasie to czasami bym wolał, żeby jednak kształtowała nas, wtedy, kiedy mówimy o pewnych komiksach, wolałbym, żeby nas kształtowała akurat „Żółta łódź podwodna” albo film „Ściana” z muzyką Pink Floyd. One towarzyszyły również tym komiksom, o których my mówimy. I kwestia wyboru. Można to, można tamto. Ważne, żeby cokolwiek. To fakt. Ale wolałbym, żeby jednak to było troszkę z tej lepszej półki.
[01:59:56] - Zanim Tomka dopuszczę, to muszę przeczytać pewien komentarz Leszka Ostachowskiego. Skala kina i monitora ma znaczenie w przypadku filmów o potworach. Zgadzam się. To prawda. Tomku, teraz ty.
[02:00:11] - Przeważnie dostaję po głowie albo się ludzie w czoło pukają, kiedy o tym mówię, ale jednak powiem, że zawsze z pewnym niepokojem tę fascynację, anime zwłaszcza, bo jednak film ma większą siłę oddziaływania, jednak obserwuję. Bo to jest tak, że generalnie zawsze było coś takiego, jest i będzie, że ludzie może troszeczkę zbyt wrażliwi, troszeczkę może wiecznie uspołecznieni uciekają czy to w książki, czy to w filmy. Jak długo oni uciekają w ten obszar nasz kulturowy, tak długo pozostają w pewnej naszej sferze kulturowej. Natomiast jeżeli człowiek przesadnie wrażliwy ucieka w kulturę azjatycką, to jest łatwiejsze, bo anime jest dużo bardziej ekspresyjne, dużo bardziej wciąga, dużo celniej oddziałuje na pewną wrażliwość ludzką. Jednak obawiam się, że ta sztuka, przy czym powtarzam, jeżeli osoba bardzo wrażliwa bardzo mocno tego nadużywa. Nie mówię, że ktoś od jednego filmu zgłupieje, ale obawiam się, że nadmiar tej kultury przy dużej wrażliwości może pchać człowieka w niewłaściwą wrażliwość i jeszcze potem bardziej mu utrudniać socjalizację. Wiadomo, że nie przekonam nikogo, ale tak to rzucam w przestrzeń do refleksji państwu.
[02:01:21] - Ja też nikogo nie-
[02:01:22] - Byłbym za tym, co Tomek mówi, bo my po prostu żyjemy w pewnych kręgach kulturowych i bardzo dobrze jest sięgać w inne, ale pozostawać sobą. A takie zafascynowanie właśnie, chociaż przecież twórcy europejscy, którzy uciekli w pewnym momencie w secesję, sięgnęli właściwie tam do wschodniej wrażliwości plastycznej i dzięki temu. Tak, ale zrobili to z naszej perspektywy.
[02:02:08] - Mi chodzi o takie bardzo progowe oddziaływanie. Tam są bardzo ekspresyjne postaci zachowujące się w bardzo specyficzny sposób i myślę, że jak tym się ludzie zarażą, to potem trudniej im jest wrócić do społeczeństwa. Ta bariera się pojawia.
[02:02:28] - Ja zwrócę uwagę. Trzecia audycja „Bibliotekarium” dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach, bo w końcu wkroczyliśmy w drugą setkę „Bibliotekarium”. Natomiast trzecia audycja, na której zresztą Wiktor zaliczył absencję, później zrobił appendix w audycji czwartej, dotyczyła książki Ruth Benedict „Chryzantema i miecz”. To oczywiście książka dosyć stara i nie wszystko dzisiaj da się tak jeden do jednego przełożyć. Natomiast ona bardzo dobrze pokazuje, jak osobnym miejscem są kultura europejska i kultura japońska. My bardzo często, nawet jeśli oglądamy coś, film czy właśnie anime. Czy komiks, tą mangę, to nam się wydaje, że coś rozumiemy. Często tak jest. Nie mówię, że zawsze. Pewne jednak rzeczy są uniwersalne, ale często wydaje nam się, że coś rozumiemy, co nie do końca jest prawdą.
Mówią zresztą o tym ludzie, chociażby w internecie. Słucham pewnego Japończyka, który nieźle opanował język polski i trochę o Japonii opowiada oczami Japończyka. Pokazuje, jak to jednak różne jest wszystko. Pytanie, wchodzić tak głęboko w tę kulturę, która jest nam obca, której nie rozumiemy, a zrozumieć ją możemy tylko wtedy, jeśli się w nią zagłębimy, ale nie na poziomie anime czy mangi, ale jednak troszkę głębiej trzeba w to wejść. Wtedy ją możemy zrozumieć. Mamy szansę, co nie znaczy, że na pewno ją zrozumiemy. Czy pozwolić na to, czy nie? Oczywiście, że pozwolić, bo świat jest otwarty, ale co z tego wyniknie? To mogą być bardzo dziwne, różne rzeczy. Nie sądzę, żeby to były rzeczy takie, jakie sobie twórcy anime zaplanowali.
Bo z tego zderzenia kultury japońskiej i chociażby polskiej, europejskiej mogą wyjść rzeczy bardzo dziwne, co nie znaczy złe. Wręcz przeciwnie, raczej zakładam optymistycznie, że może się pojawić jakaś nowa wartość, która jednak z tym nośnikiem kultury japońskim będzie miała chyba niewiele wspólnego. Czym się zajmuje człowiek, jak nie ma co robić? Podsłuchiwaniem. Więc podsłuchiwałem tych ludzi w kolejce do komiksów japońskich. To jest bardzo czułostkowe, to, co oni tam opowiadali, te dziewczyny, głównie dziewczyny, ale byli i chłopacy. Bardzo czułostkowe, takie bardzo namiętne, ale nie w tym znaczeniu seksualnym, bardziej uczuciowym. Takie bardzo wysokie C to wszystko jest. Co się z tego może zrodzić? Czy coś złego?
Nie wiem. Wydaje mi się, że raczej coś dobrego. Ale co? Pojęcia nie mam. I to są właśnie te eksperymenty, o których mówimy. Co się z czego zrodzi? Żeby już tak podwiązać się pod dzisiejszy temat, pod audycję, ja też nie wiem. Ciekawą rzecz Tomek zarysował i bardzo cenną. Mój odbiór Tytusa, Romka i A'Tomka, starego piernika, który to zaczynał poznawać w latach 70., kończył w 80. Później oczywiście z doskoku, przez ciekawość dalej, ale tak naprawdę ta podstawowa znajomość to pierwsze 10 lat poznawania tego komiksu.
To, co ja z tego komiksu wyciągnąłem, to, co mnie zbudowało, nowe pokolenie dzisiaj wyciągnie z tego, jeśli cokolwiek wyciągnie z tego komiksu, myślę, że tak, to będą zupełnie inne rzeczy. I najbardziej mnie chyba wkurza to oczekiwanie niektórych ludzi, że jak ten młody człowiek przeczyta, to on będzie taki jak my 40 lat temu. Ja ostrzegam wszystkich, że to jest fikcja i bzdura. Tak nie będzie. Bardziej ta reinterpretacja przemawia do mnie, a właściwie mądre słowo „reinterpretacja”. Po prostu zupełnie inne zrozumienie tego, co z tych komiksów wynika. Czasami to może być dla nas zaskakujące. Tak naprawdę to czekałbym na takie szokujące zaskoczenie, że ktoś wyczytał w Tytusie coś, czego ja w ogóle nawet nie śmiałem podejrzewać. Chętnie bym z kimś takim porozmawiał. Niestety nie jest to Tomek.
Zestarzał nam się Tomek po prostu.
[02:07:15] - Słowo co do tych innych kultur jeszcze. Oczywiście, proszę państwa, warto poznawać, warto się angażować w inne światy, inne kultury, ale dobrze jest wracać na weekend do swojej kultury. Ja pamiętam w czasach, kiedy zaczynałem studiowanie, jakoś się wtedy bardzo mocno angażowałem w ten świat akademicki. Takie grono filozoficzne, różne dysputy. Myśmy nawet jeździli do Lublina na Katolicki Uniwersytet Lubelski, na takie tam tygodnie były tej kultury filozoficznej. Tam różni wielcy filozofowie wykładali.
[02:07:44] - Ja przerwę Tomek, na chwilę ci przerwę. A Tomek znany był z tego, że potrafił bez żadnych kompleksów wstać i bardzo ważnemu filozofowi albo filozofce wyrypać takie pytanie, że mu w pięty szło.
[02:07:59] - Parę razy w życiu trochę mi tam powiedzmy głupio z tego powodu czasami, bo też różne moje, powiedzmy, raczej problemy emocjonalne niż wyższość intelektualna w tym się przejawiała, szczerze mówiąc. Nie wiem, czy jest się czym chwalić.
[02:08:10] - Ale ciekawe.
[02:08:11] - Natomiast co chciałem powiedzieć? Że ja potrafiłem być w tym gronie, ale też potrafiłem potem pić piwo z takim elementem społecznym na Świnoujście, powiedzmy z takim gronem raczej dresiarskim i tu jakoś się dogadywać. Jakoś, myślę, między tymi światami potrafić tłumaczyć na zupełnie inne kultury, powiedzmy z jednej i drugiej strony. Myślę, że to warto. Owszem, poznawać inne, ale też mieć swoją. Mieć tych kultur kilka, bo wtedy to jak najbardziej jest coś fajnego.
[02:08:43] - Jeśli mogę do tego, co Tomek mówi, to z kulturą jest mniej więcej dokładnie to samo, co z gatunkami biologicznymi, które żyją na naszej Ziemi. Jeśli żaba zafascynuje się motylkiem, to może się zafascynować, bo motylek to jest absolutnie cudowne zjawisko. Natomiast jeśli żaba pozostanie w kręgu tego motylka, to już powinna udać się do psychiatry, gdyż z punktu widzenia żaby motylek się naprawdę nadaje tylko i wyłącznie do jedzenia. Do niczego więcej. Do żadnego odwzorowywania, brania przykładu, czegokolwiek. Nadaje się tylko i wyłącznie do jedzenia.
[02:09:30] - To ja przypomnę takie opowiadanie Ursuli Le Guin, jakkolwiek wymawia się jej nazwisko ... w którym chodziło o tłumaczenie języków zwierząt. Ja o tym przykładzie mówiłem już przynajmniej kilka razy w Bibliotekarium. Otóż odczytali naukowcy w opowiadaniu SF, że mrówki zapisały hasło: „W górę królową!” i początkowo zinterpretowano to jako wywyższenie. Królową w górę, czyli coś ważnego. To à propos rozumienia kultur, później ktoś mądry się za to wziął, że w przypadku królowej mrówek wyniesienie jej w górę w kierunku słońca to jest zabicie jej tak naprawdę i hasło „W górę królową!” tak naprawdę jest hasłem rewolucyjnym, nawołującym do zmienienia porządku. To tak à propos rozumienia przez nas różnych kultur, jak nam się czasami wydaje, że coś rozumiemy. To tak à propos tego, co było przed chwilą. A teraz rzut oka na czat. Jakub Filip: „Tytusa dostałem od brata, jak miałem pięć lat.
Te komiksy miały spory wpływ na moją wyobraźnię. Dzisiaj dzieci brata w tym samym wieku chłoną chłam, a to ważny okres w życiu człowieka”. Zobaczymy. Być może się okaże, że coś z tego ciekawego jednak wyjdzie, ale nie upierałbym się. Leszek Ostachowski: „Podczas tłumaczenia, tak samo jak podczas dekodowania przekazu, umysł korzysta z całego zestawu dodatkowych informacji ze środowiska, sytuacji, kultury wyrosłych na tych zależnościach”. Zgoda, tylko to dekodowanie, mimo wszystko, nawet kiedy się opiera na tych wspomnianych rzeczach, o których pisze nasz słuchacz, nie zawsze musi być dekodowaniem pełnym. Dekodowanie zawsze ma w sobie element niepełnego rozpoznania. O 35: „Zgadzam się całkowicie z panem Markiem. Kajko i Kokosz, który to komiks jest lekturą szkolną, jest niechętnie czytany przez dzieci”. Zdziwienie.
No właśnie! Kajko i Kokosz, którego ja jeszcze w świecie młodych czytałem z fascynacją. Zbój Cerże, Mirmił. To po prostu rewelacja. Okazuje się, że dzisiaj młode pokolenie odmawia współpracy.
[02:12:15] - Bo jest lekturą szkolną. Kiedy już od dawna były te postulaty, żeby zamieniać lekcje religii na lekcje pierwszej pomocy, to stwierdzałem, że to jest bardzo zły pomysł, ponieważ o wiele lepiej, że ludzie się zniechęcają do religii, niż gdyby mieli się zniechęcać do udzielania pierwszej pomocy.
[02:12:28] - Okej, nie otwierajmy tego pola dyskusji, bo jak ja słyszę o lekcjach religii, to mnie krew zalewa.
[02:12:36] - Tylko tyle, że szkoła skutecznie potrafi zniechęcić do wszystkiego, czego próbuje nauczać.
[02:12:41] - To mnie krew zalewa nie dlatego, że coś mam do religii, tylko dlatego, że sposób, w jaki to jest robione, wtrynianie dzieciom w głowy tekstów modlitw i tylko to jest ważne. Mówię z autopsji, a właściwie z pewnego kontaktu z osobą, która to robi na co dzień. Zamiast odpowiadania młodym ludziom na pytania, bo tych pytań młodzi ludzie odnośnie wiary, Boga i tak dalej mają ogromną ilość. Czasami zadają je po to, żeby rozwiać swoje wątpliwości, a czasami, żeby je potwierdzić, to jest nieważne. Okazuje się, że ci, którzy prowadzą lekcje religii, na te pytania nie potrafią odpowiedzieć albo nie chcą odpowiedzieć, bo mają program do zrealizowania, a program zakłada ileś tam modlitw, ileś tam czegoś jeszcze i ileś tam punktów do wykucia na blachę. To jest porażka, proszę państwa. Ale mówię, nie otwierajmy tego pola, bo się zaraz jakieś zwierzę ze mnie wylęgnie.
[02:13:50] - Ogólnie o krytykę systemu edukacyjnego jako całości, nie tutaj akurat można przykład.
[02:13:55] - Zgadza się, bardzo celnie to wychwyciłeś, bo rzeczywiście to taka niedźwiedzia przysługa, kiedy Kajko i Kokosz stali się lekturą szkolną. To jest gwóźdź do trumny. Lektury szkolne mają to do siebie, że są znienawidzone z definicji. Pamiętam jedną z naszych wcześniejszych audycji z Wiktorem, kiedy omawialiśmy książki dla młodzieży dotyczące „Chrzczenia władcy piorunów” – jeden z tytułów. Dwie przygodowe książki. Moim zdaniem lekkie, łatwe i przyjemne. Super się czytające. Puściliśmy na YouTubie w Bibliotekarium wywiad z twórcą tychże książek. Jaki znalazłem podpis na YouTubie jakiejś młodej damy? Zakładam, że bardzo nastoletniej.
„Tak. I teraz ja to muszę czytać”. Nie mam do tej młodej damy żadnych pretensji. Po prostu wiem, że znowu zrobiono niedźwiedzią przysługę autorowi, wciągając te jego książeczki, moim zdaniem bardzo ciekawe, na listę lektur. I od tego momentu co prawda dzieciaki czytają, ale serdecznie go nienawidzą.
[02:15:22] - Z tym czytają to bym nie przesadzał.
[02:15:25] - Ja wiem, że słuchają skrótów albo na YouTubie jest nagrane gdzieś i wysłuchują. Problemy ludzi na YouTubie. Umarłem, kiedy mój siostrzeniec, świetny znawca świata stworzonego przez Tolkiena Potrafiący podawać dynastie, potrafiący podawać różnego rodzaju następstwa. Po prostu te nazwy, które padają, które rzuca, za każdym razem budzą mój autentyczny podziw. Problem polega jednak na tym, że on nigdy w życiu nie przeczytał ani „Władcy Pierścieni”, ani „Hobbita”. Nigdy. On to wszystko wie z filmów. Kiedyś zdarzyło mu się w szkole, że miał przeczytać „Hobbita”. Czytał przez ostatnie dwie doby, bo wcześniej nie mógł się zebrać. Przeczytał „Hobbita” przez dwie doby.
Przeczytał, na szczęście wszystko się udało. Ale wtedy zainteresowany wszedłem do YouTube'a i znalazłem tam „Hobbita” w dwóch częściach, nagranego audiobooka. Nielegalnie wrzucony do YouTube'a, ale był, więc można było. W dodatku jeszcze w szybszym tempie, więc można było dać tempo-
[02:16:46] - Przez rosyjski teatr telewizji „Hobbit”
[02:16:49] - Dobra, ale można było tego audiobooka puścić na tempo 1,75, w związku z czym się robiło z 11 godzin, powiedzmy kilka godzin. Można było przez noc przesłuchać tuż przed kartkówką. Ale jaki był główny problem ludzi, którzy pisali pod tymi— bo to były dwa filmiki na YouTubie. Jaki był główny problem? Po pierwsze, w jakim tempie maksymalnie da się tego słuchać, żeby rozumieć? To pierwszy problem. I tam były, że na 1,75 to jeszcze tak, ale na 2,0 już nie. To pierwszy problem, a drugi, żeby ktoś w krótkich, żołnierskich słowach streścił to jednak pod tym filmem. Bo przecież nie będzie kilka godzin ktoś marnował i słuchał książki, kiedy to bryk trzeba mieć z tego, skrót.
[02:17:39] - Dobra, na Szomę można utyskiwać, na pewną przegianę pokoleniową też, ale nie wiem, czy jest sens. Jedno jeszcze słowo polemiki do Wiktora chciałem powiedzieć, bo ta metafora, uważam, jest przesada z tą motyldą i żabą. Jednak jakaś wymiana międzykulturowa następuje. Jak Dalajlama mówi: „Basically as a human being we are the same”. Jednak korzeń ludzkości pewne cechy wspólne ma. Pewnie, że jak buddyzm się pojawia na Zachodzie, to z tego wychodzi sporo śmiechu, sporo głupot, ale jakiś rozwój osobisty, wymiana kulturowa też. To nie jest tak jednoznaczne, że nie można. Jest to trudne, prowadzi do wielu nieporozumień, ale jakaś wartość też się tworzy z tej wymiany kulturowej mimo wszystko.
[02:18:22] - Pozostanę jednak sceptyczny.
[02:18:24] - Zgadza się.
[02:18:24] - Pozostanę jednak sceptyczny, Tomku, wobec tego, co mówisz.
[02:18:29] - Ten, co pisał, to też Wschodia.
[02:18:32] - To, co powiedziałeś, dotyczy ułamka tych ludzi, którzy mówią, że są buddystami.
[02:18:40] - ludzi przetwarzających jakąkolwiek kulturę cokolwiek z niej rozumie. Ilu katolików rozumie, w co właściwie wierzy? Zlituj się.
[02:18:47] - Zgoda. Tylko że przynajmniej oni się poruszają w tym kręgu kulturowym, więc oni jakby nie czują tego, w co wierzą, ale jakoś jednak przynajmniej się orientują. Natomiast tylu bzdur na temat buddyzmu, ilu ja już musiałem wysłuchać, to tylko uświadomiło mnie w tym, że bardzo niewielka grupa ludzi naprawdę chce poznać, o co w tym buddyzmie chodzi i jakie jest źródło, korzeń, o co tam chodzi naprawdę. Większość Europejczyków, wiem, herezję może głoszę, niektórzy się oburzą, zakłada, że buddyzm to jest taka maszynka do uczynienia człowieka szczęśliwym. To jest bzdura. Trzeba wejść w to głęboko, jak w każdą filozofię, jak w każdą wiarę, nawet nie wiarę, jak w każdy system pewnych wartości. Trzeba naprawdę w to wejść albo nie udawać, że ja teraz wierzę w coś lepszego, bo to jest nieeuropejskie, więc jest lepsze. Nie wiem, czy czujesz, o czym mówię, Tomu.
[02:19:59] - Czuję, ale też nie wiesz, o czym mówisz.
[02:20:01] - Ja nie wiem. Ja nawet nie zakładam. Wiem natomiast tylko z tego, co mi było potrzebne do mojej- Wiem, że większość ludzi mówi rzeczy głupsze niż ja wiem. To znaczy, że nic o tym nie wie.
[02:20:15] - Ale też z tej wymiany powierzchowności i pewnego teatru nieporozumień, reinterpretacji, przeinaczeń też powstaje coś.
[02:20:23] - Zgoda, ale to nie jest to, o czym mówimy w przypadku, kiedy mówimy o buddyzmie.
[02:20:30] - Dalajlama rozróżnia naukę, religię i filozofię buddyjską. Są też różne rzeczy i na płaszczyźnie jakiejś, powiedzmy, analitycznej rozmawia z psychologami. I to nie jest wiara buddyjska, to jest pewne rozumienie wschodnie natury człowieka, sposobu, w jaki działa psychologia. I to też jest co innego i coś wynika z tego dialogu.
[02:20:49] - Ależ ja mówię o tym, że na pewnym poziomie coś z tego dialogu wynika, tylko na tym niższym poziomie, w którym Europejczycy uwierzyli, że to jest taka maszynka, która daje im szczęście, z tego nic nie wynika.
[02:21:05] - Jak daje, znaczy działa. Jest jakiś płat z tego, być może trochę szpan, trochę snobizm.
[02:21:11] - Zaraz mi się przypomina, jak Beatlesi jeździli do Indii. Jeździli, jeździli, uczył się ten jeden grać na sitarze, a później doszło do tak zwanych nieporozumień. Wszystkich zainteresowanych odsyłam, o co tam chodziło. Ale to tak mniej więcej wygląda z tym rozumieniem kultury, która jest tak odległa. My sobie często wmawiamy, że coś rozumiemy. Ale masz rację. Sam znajduję błąd w swoim rozumowaniu. Bo dzięki temu mamy kilka fajnych kawałków Beatlesów z wykorzystaniem tamtejszych instrumentów.
[02:21:51] - Też nie trzeba rozumieć wszystkich nauk, miejsc Kościoła i wykładni tego, żeby w islamie coś doświadczyć. Chociażby posiedzieć i pomantrować sobie te zdrowaści na przykład zamiast mantry i to też coś tam tworzy. Też myślę, że jeżeli ktoś dzięki zainteresowaniu buddyzmem usiądzie, pooddycha, zrelaksuje się, może mu tam jakieś napięcie zejdzie dzięki temu. Oczywiście nie zrozumiał istoty buddyzmu, którą w ogóle rozumie, ale czegoś tam doświadczy. Może jest jakaś wartość.
[02:22:20] - Ale mnie o to właśnie chodzi, bo rzecz nie jest w tym, że ludzie się fascynują buddyzmem, a na przykład go nie rozumieją. To żaden grzech. Problem polega na tym, ty się na pewno z tym zetknąłeś, bo jako człowiek zainteresowany, że bardzo wielu ludzi znając rzecz naskórkowo twierdzi, że oni już wiedzą wszystko. Ty zgłębiając od dłuższego czasu to wszystko wiesz, że jesteś jeszcze bardzo daleko i do tego „wszystko” jest ci bardzo daleko. I to jest moim zdaniem postawa uczciwa. Kiedyś słyszałem takie twierdzenie, że najgorszym rodzajem niewiedzy jest wiedza częściowa. Dokładnie.
[02:23:07] - Rozmawiamy o technice czy szczepionkach.
[02:23:10] - Dokładnie. Bo ja w to bardzo głęboko wierzę, że wiedza częściowa, taka połowiczna, może zrobić więcej złego niż dobrego.
[02:23:21] - Dobra, czy ktoś jeszcze słucha? Mamy tam jeszcze jakieś listy, bo już pojechaliśmy strasznie.
[02:23:26] - Tak. Leszek Ostachowski: „Dlatego bardzo często mamy do czynienia z niejednoznacznościami wynikającymi ze złożenia informacyjnego o te czynniki, których nie musimy zawierać, znajdując się w tym otoczeniu”. I dalej: „Jak parametrów stałych w pewnym otoczeniu, w niepełnym równaniu, recepturze, a zależnym od tego otoczenia. Znajomość wielu systemów przekazu pokazuje nam te uzależnienie i ich rolę”. O 35: „Przeglądając Allegro właśnie odkryłem, że „Relaks” został wznowiony w 2017 roku, ale każdy numer kosztuje ponad pięć dych”. A to jestem zdziwiony, bo ostatnio zanotowałem, że to ostatnio został wznowiony, czyli dowiedziałem się dzięki audycji czegoś nowego. Jakub Filip: „Dziecko-Chińczyk i dziecko-Japończyk to się niczym od siebie nie różnią, tylko nazwą. Chińczyk i Japończyk. Chyba tylko jak Chińczyk jest chłopcem, a Japończyk dziewczynką, to się różnią płcią. Zależy jak głęboko w to wchodzimy”.
[02:24:37] - Między Chińczykami a Japończykami to jest przepaść nieprawdopodobna.
[02:24:42] - A z drugiej strony używają podobnego alfabetu, do czego się zresztą Japończycy przyznają, że zaczerpnęli do jednego ze swoich alfabetów część znaków chińskich. Chociaż jak widziałem w wykonaniu Japończyka, jak próbował tłumaczyć ze swoją znajomością tych znaków wypowiedzi pisane chińskie, to wychodziło mu różnie. Ale to, Jakub Filip, już tak jak u ludzi. Jakub Filip.
[02:25:12] - Przypomnę, Marku, anegdotkę, której byłem świadkiem, jak przyjechał pewien chiński profesor do Warszawy i Jacek Rodek do niego pretensje zgłosił, że tak powiem: „Japończycy proszę bardzo, jak pięknie swoją kulturę sprzedają, historię o samurajach i tak dalej. A wy, Chińczycy, to były dawne czasy. Nic”. Na to ten chiński profesor popatrzył na Jacka Rodka z takim politowaniem, kiwnął głową. Ma rację. Ale on się tak orientuje, to Japończycy wynaleźli tylko dwie rzeczy samodzielnie. Tylko harakiri i kamikadze.
[02:26:02] - No może jeszcze katany, co? Podobno polska szablą-
[02:26:07] - To wszystko było z Chin.
[02:26:09] - Nie wiem. Jakub Filip jeszcze: „George Harrison z Ravi Shankarem zrobili pop z mistycyzmu wschodniego. Ale muzyka bardzo fajna”. Zgadzam się, bardzo fajna. Tak, do tego się to oczywiście przydało.
[02:26:27] - Wiesz co, Marku, z tym buddyzmem w ogóle, tym dialogiem międzykulturowym, to w Azji też tak trochę było. Przecież alfabet tybetański to jest żywcem sanskryt. Tam są te same znaczki, a mimo wszystko Chińczycy uważają, że to oni Tybetańczyków tego nauczyli. To wszystko jest z Chin, mimo że to zupełnie inne są znaki chińskie niż właśnie te tybetańskie czy sanskryt. Natomiast buddyzm do Tybetu przyszedł z Indii i też trafił na grunt taki bardzo szamanistyczny, zupełnie inną kulturę, a mimo wszystko został tam przyjęty, przetworzony, wywrócony, niezrozumiany kompletnie. A jednak przyjął się. Potem w Indiach zniknął, w Tybecie został, bo tam islam znowu to w Indiach wybił. To się dzieje, znowu poszedł do Japonii. Znowu powstała zupełnie inna kultura buddyjska, ale też przetworzona, niezrozumiana, wypaczona przez tę lokalną przestrzeń przetworzona. Teraz my się tego uczymy jako czegoś tradycyjnego i wartościowego.
[02:27:16] - Ale cieszę się, że to mówisz, Tomku, bo wyszło nam takie koło. Mówiliśmy wcześniej o kulturze naszej tutaj w Europie i w ogóle o tym następstwie pokoleń.
[02:27:26] - Nawet ten durny, niezrozumiany i przetworzony buddyzm zachodnioeuropejski, amerykański też coś tam tworzy, innego zupełnie.
[02:27:33] - Dokładnie. Nie, to jest pełne zrozumienie pomiędzy nami. Dokładnie chciałem do tego nawiązać, że te następstwa pokoleń, te odczytywania, reinterpretacje to wszystko jest ważne. Ja powiedziałem jedną rzecz, że mnie śmieszy, kiedy Europejczyk stara się być guru od tych spraw. Często bardziej niż my. Tak! I tylko to.
[02:28:01] - Marku, chrześcijaństwo przyszło do Europy z Etiopii. Czy Etiopeńczyka według ciebie strasznie śmieszy to, że Polak uważa siebie za katolika?
[02:28:16] - To jeszcze takie proste nie jest, bo z Etiopii to tam jest jeden z Kościołów. To różnie się rozpełzało po świecie chrześcijaństwo. Mówię o chrześcijaństwie. To różnie się rozpełzało po świecie, jak tam nawzajem o sobie Kościoły mówią, to już nie w tej chwili. Ja tylko przypomnę posłankę Lewicy, która całkiem niedawno błysnęła tym, jak powiedziano, że w Etiopii iluś chrześcijan zamordowano, to ona się zdziwiła: „A co oni tam w ogóle robią?”. To jest wszystko. To jest komentarz do stanu umysłu. Natomiast do tego, co mówił Tomek. Oczywiście czasami tak jest, że usiłują ci Europejczycy rysować się jako więksi guru od tych spraw, od tych rodzimych. I to mnie najbardziej śmieszy.
A to przekształcanie, to przetwarzanie jest zawsze ciekawe. Od Tytusa wyszliśmy, a na kontaktach międzykulturowych kończymy. Zawsze jest ciekawe i z tego coś ciekawego może się narodzić, ale nie mówmy wtedy, że to jest to samo, co jest tam. To jest właśnie ta reinterpretacja. Co robił, powiedz Zdzisiu.
[02:29:32] - Dam świetny przykład, jak przekształcając się między tą Etiopią a Zymem religia trafiła do Polski i pojawił się kult Maryjny, którego poprzednio nigdzie absolutnie nie było. Z ogromnym pożytkiem, bo feministki powinny Polaków właściwie po rękach całować, za piersi byli.
[02:29:56] - Sorry, Wiktor, ja to ucinam. Jak pada słowo „feministki”, to ja bym chciał dzisiaj jednak skończyć audycję. Naprawdę.
[02:30:07] - Z tym kultem Maryjnym też już w „Indie Radio” pogadamy.
[02:30:10] - Tak. Nie, ale poza tym ja bym chciał dzisiaj skończyć audycję, a jak już wpadamy na hasło „feministki”, to ona się może skończyć jutro rano. Więc nie. Rzut oka na czat. Leszek Ostachowski: „Niestety zmartwię was. Mnie proces czytania odcina od intensywnej pracy wyobraźnią. Muszę odczytać jeszcze raz. Proces jest bardzo długi i mozolny. Wolę odsłuchać i dopiero gdy coś budzi sprzeczności, muszę sobie wynotować fragmenty do pracy”. Jakub Filip.
To był cytat z Barei, Jakubie. O tym George'u Harrisonie, rozumiem. Leszek Ostachowski był o 35: „Teraz doczytałem. Jest to antologia w trzech tomach wydawana rok po roku. Każdy tom liczy 160 stron”. A, mówimy o relaksie. Jakub Filip. Z tymi dziećmi ten cytat. O 35: „Kill Bill to jest przykład interpretacji kultury japońskiej”. Dobry przykład przytoczył o 35.
Faktycznie ci wszyscy, którzy nie dali się zwieść, że mamy do czynienia z filmem sensacyjnym, tylko znali reżysera i widzieli, że to będzie coś innego, to ci wszyscy na „Kill Billu” nieźle się bawili. A ci wszyscy, którzy poszli na film sensacyjny, to ja nie wiem, czy się dobrze bawili. Chyba nie. Bo „Kill Bill” to jest film poważniejszy i głębszy niż na to wygląda, sądząc z obrazków. I chwała mu po prostu.
[02:32:05] - „Matrix” jest jakąś formą mieszanki też symboliki wschodniej.
[02:32:09] - Tak, oczywiście, jasne. Więc zgadzamy się. Niedobrze, że się zgadzamy właściwie, ale zgadzamy się, że wszelkie mieszanki są cenne, tylko nie należy mówić, tak jak mówiłem o tym, że nie spodziewajmy się po dzieciakach, że będą patrzyły na „Tytusa, Romka i Atomka” tak samo, jak my patrzyliśmy, ja 40 lat temu, nawet ponad. Tomek trochę krótszy ma ten czasokres. O Wiktorze przez delikatność nie wspomnę. Nie spodziewajmy się, że te dzieciaki będą to samo widziały w „Tytusie, Romku i Atomku”. I podobnie z tymi pozostałymi rzeczami. Miejmy świadomość, tak naprawdę to Tomek dzisiaj to powiedział, zaakcentował, że to się wszystko kitłasi, przekształca. I bardzo dobrze. I bardzo dobrze pamiętajmy, że ten „Tytus, Romek i A'Tomek” dzisiaj jest zupełnie czymś innym.
Miejmy swoje wspomnienia.
[02:33:15] - Marku, to jest klinowe pismo, proszę ciebie, na cegłach w babilońskich. To jest „Tytus, Romek i A'Tomek”, „Tomek, Romek i A'Tomek”, „Feinstein” również.
[02:33:32] - Miejmy swoje sentymenty, odwołujmy się do przeszłości, ale dajmy żyć młodym i nie narzucajmy im tego, co myśmy myśleli o tym. Czy to będzie Tomek, czy to będę ja, czy to będzie Wiktor. I tym może mało optymistycznym akcentem przynajmniej ja zakończę.
[02:33:51] - Tomku?
[02:33:52] - A dobrze.
[02:33:55] - To dokończ, Radziko. Myślę, że aż tak bardzo znowu nie odeszliśmy, bo jednak Tytus też dziełem eklektycznym i bardzo wieloalozyjnym jest, więc myślę, że wpłynął gdzieś do Azji jakoś klimat czy duch świętej pamięci Papci Chmiela z nami pozostał, mam wrażenie, podczas tej audycji.
[02:34:13] - Super. To był Tomek, a teraz Wiktor.
[02:34:18] - To może ja tylko zwrócę uwagę i dam piękny przykład za sekundę, jak bogata jest kultura, jak dużo jest takich punktów odniesienia, tych toposów, do których sięgamy. Tego jest naprawdę straszliwie dużo. Dla anegdoty opowiem króciutko o moim przedsiedlu inżynierze, który budował jakąś tamę w Iranie i któremu, będąc archeologiem, z fascynacją pokazywałem różne średniowieczne i przedśredniowieczne skorupki, które znalazłem na polskich polach, opowiadając gorączkowo, co to, co to, do czego to i tak dalej. On patrzył na mnie z takim politowaniem i mówi: „Wiktor, nie zawracaj mi głowy. Wiesz co to są te skorupki?” Ja mówię: „No wiem, więc ja tobie pokazuję”. Mówi: „Nie zawracaj mi głowy. U nas, tam w Babilonie, jak kopiemy koparki, spychacze muszą ziemię, tamę wznosić, to my mamy warstwę geologiczną grubości od trzech do pięciu metrów takich skorupek z cegieł, z naczyń. Na wszystkich są napisy klinowe i tak dalej. Wiesz co to jest? Formacja geologiczna, a nie żadne europejskie pojedyncze skorupki.
Kultura jest taka gruba, ma pięć metrów, przynajmniej w Babilonie. U nas jeszcze nie, ale tam tak”.
[02:36:01] - Może lokalnie pięć metrów, może w miastach, ale tak generalnie to chyba jednak nie. Natomiast ja tylko Jakuba Filipa, ponieważ uciekł ten cytat z Barei: „Dziecko Chińczyk i dziecko Japończyk to się niczym od siebie nie różnią, tylko nazwą. Chińczyk i Japończyk chyba tylko jak Chińczyk jest chłopcem, a Japończyk dziewczynką, to się różnią płcią”. To tak, żeby to nie zginęło. Ja rozumiem, panowie, że jeśli chodzi o dzisiejszy temat, to go nie wiem, czy wyczerpaliśmy, ale w każdym razie skończyła nam się już wena.
[02:36:41] - Nie, ja dopiero siadam i będę czytał, jak mi dostarczysz.
[02:36:46] - Jasna sprawa. No to cóż, panowie, to ja teraz oficjalnie dzisiejszą audycję kończę. Nie może się odbyć koniec bez zapowiedzi następnej audycji. A zatem następne „Bibliotekarium” za dwa tygodnie. Odwołamy się do klasyki, ale proszę nie uciekać w popłochu. Do takiej klasycznej, ale nie tak przeraźliwej jak lektury szkolne, a mianowicie do „Władcy much” Goldinga. Zapraszamy na audycję o tej właśnie książce. William Golding, „Władca much”. A przy okazji o kilku innych lekturach też powiemy. Znaczy lekturach nie w wydaniu szkolnym.
A więc za dwa tygodnie „Władca much” i William Golding. A nawet jestem państwu w stanie powiedzieć-
[02:37:38] - To będzie poważnie.
[02:37:39] - Chwilami na pewno. A nawet mroczniej. A za cztery tygodnie... Oj, tak dawno tak nie planowałem! Ale za cztery tygodnie wspomniana w ostatniej audycji książka „Wyobrażone życie” to książka, która ma podtytuł: „Wyprawa na egzoplanety w poszukiwaniu inteligentnych istot pozaziemskich, stworzeń lodu i zwierząt supergrawitacyjnych”. To za miesiąc. Za cztery tygodnie od dzisiaj. A za tydzień mogę tym razem powiedzieć w tym samym składzie, w którym spotykamy się dzisiaj, spotykamy się w audycji „ABW”. I to by było na tyle, przynajmniej ode mnie. Panowie, coś jeszcze poza „do widzenia”?
[02:38:34] - Dobranoć państwu. Dziękuję za uwagę. Myślę, że wszystko zostało-
[02:38:38] - Dobranoc.
[02:38:40] - Ja myślę, że nie będą panowie mieli nic przeciwko, żeby fragment audycji odnoszącej się do popisów pewnej wydmuszki intelektualnej na czacie na YouTube wyciąć, żeby nie było siary i żeby nie unieprzyjemniać słuchania korzystającym.
[02:39:02] - To humor psuje. Ja tego nie czytałem i nie było mi przyjemnie słuchać.
[02:39:06] - Ja mam czyste sumienie.
[02:39:08] - A ja powiem tak, że jak najbardziej wycinamy, ale ten fragment o tym, że wycinamy, to bym bardzo poprosił, żeby zostawić. Niech zostanie taka enigma.
[02:39:18] - W porządku.
[02:39:19] - Super. Czyli wycinamy, ale tak nie do końca. Dziękujemy.
[02:39:25] - Miejmy jednak wyrozumiałość dla ludzi chorych. Zrozumcie, że niektórzy po prostu naprawdę nie mogą. To nie jest ich wola, wina.
[02:39:31] - Wyrozumiałością, ale cierpliwość w pewnym momencie moja się skończy i ja po prostu zgłoszę tę osobę tam, gdzie trzeba, i nie będzie wymówki, że żółte papiery i takie tam. Po prostu.
[02:39:44] - Przynajmniej wiesz.
[02:39:46] - Okej. I tym nie wiem, czy optymistycznym, ale tym akcentem kończymy dzisiejszą audycję. Bardzo państwu dziękujemy za wysłuchanie. Mam nadzieję, że kilka fajnych myśli dzisiaj w audycji się pojawiło. Taką nieśmiałą nadzieję mam. Polecamy się na przyszłość. Zapraszamy za dwa tygodnie na Williama Goldinga i „Władcę much”. Wszystkim czytającym wielu wspaniałych lektur oczywiście, a tym piszącym, szczególnie piszącym dla ABW, nieustającej weny. Dobranoc państwu.
[02:40:19] - Dobranoc.
[02:40:21] - Jeszcze czekamy na wiktorowe dobranoc. Komplet musi być.
[02:40:25] - Dobranoc, dobranoc. Ja dopiero zaczynam.
[02:40:30] - Zaczyna się, dobranoc. My już mówimy dobranoc i czatowicze też zaczynają odpisywać dobranoc. Dziękujemy wam za uwagę. Mówili do państwa gospodarze „Bibliotekarium”, a właściwie gospodarze ABW w wydaniu na żywo: Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz oraz Tomasz Fąs. Audycję od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę. Dziękujemy za słuchanie dzisiejszego „Bibliotekarium” w wydaniu trzyosobowym na żywo. Zapraszamy za tydzień na ABW na warsztatowe wydanie „Bibliotekarium”, tym razem na podcast i ponownie na kolejne „Bibliotekarium” na żywo już za dwa tygodnie. Dobranoc i do usłyszenia. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium.
www.paranormalium.pl.